„Hola, hola! Koleś! Ja tu pracuję za kasę. Co to za darmowe zdjęcia!?" – zdawała się mówić do mnie lama stojąca przy drodze do Cafayate, zastanawiając się pewnie, czy mnie opluć. Nie zostałem opluty, bo jej właściciel, indiański staruszek, był nastawiony zdecydowanie bardziej pokojowo.

Legalna koka

Walking on the Moon" – śpiewała w czasach mojej szkolnej młodości grupa The Police, a ja się wtedy zastanawiałem, skąd u wszystkich taka fascynacja księżycowymi pejzażami. Wszystkie przekazy, które widziałem w telewizji i na zdjęciach przedstawiały pokrytą gęstym pyłem raczej płaską, szarą powierzchnię i tumany kurzu wzbijające się przy każdym ruchu buta astronauty. Ale jeśli tak nie jest i ci fascynaci mieli rację, to Księżyc na Ziemi mieści się dokładnie w Salcie, a jeszcze bardziej precyzyjnie – w jednej z Dolin Colchaquí – Cafayate. Ale mnie tu bardziej, przynajmniej z początku, przyciągnął jak zwykle inny utwór tej grupy: „Message in the Bottle".

Mówiąc o regionie winiarskim i prowincji Salta, leżącej na północnych rubieżach Argentyny przy granicy z Boliwią i Chile, mamy zawsze na uwadze trzy sprawy: miasto, kosmiczną drogę z niego do okręgu Cafayate oraz winnice w tym niezwykłym miejscu.

Salta leży w kotlinie między dwoma pasmami andyjskiego pogórza, dwie godziny lotu na północ od Buenos Aires (ok. 200 dolarów w obie strony). Jej zwiedzanie warto rozpocząć od zdobycia potężnego wzniesienia nieopodal miasta – Góry św. Bernardyna. To akurat sprawa najprostsza – cel naszej wyprawy wyposażony jest bowiem w kolejkę linową. Góra jest więc celem towarzysko-rodzinnych wypadów dla wszystkich mieszkańców okolicy i przyjezdnych.

Sama kolejka to raczej ta ze Szczyrku niż na Kasprowy, a jeżeli mam być bardziej au courant – to połączenie Szczyrku z Górą Parkową w Krynicy. Ze szczytu widać elegancki landszafcik. To przedziwne zjawisko: całe miasto można spokojnie objąć wzrokiem. Na płaskowyżu pomiędzy Andami można by zmieścić ledwie krakowskie Stare Miasto. Więc jak – u licha – mieszka tu ponad 500 tysięcy ludzi i to w niskiej, latynoskiej zabudowie? Cud? Ano cud!

W dodatku – co wszyscy tu podkreślają – w Salcie nie doświadczysz przemocy i nie jest to też stłoczone getto, żadna fawela. Na piechotę całą „aglomerację" obszedłem w jedno przedpołudnie nieniepokojony przez nikogo, a nie jestem osobą zbyt ruchliwą. Ponadto można tu wszędzie błyskawicznie dojechać taksówką za równowartość 4–6 złotych. Szybko, bo ruch w mieście – z wyjątkiem weekendów – jest symboliczny w porównaniu z polskim.

Zjeść można tu wyśmienicie, choć zrazu sprawa może wydać się trudna, jeśli się nie wie, jak się do tego zabrać... Warto ominąć drogie punkty gastronomiczne (notabene – niektóre są na światowym poziomie!) i poprosić przechodnia lub taksówkarza, aby nas zawiódł choćby tam, gdzie sam jada. Możemy też sami wybrać jedną z knajpek, w których w czasie lunchu kłębi się najwięcej przedstawicieli klasy średniej.

Warto też na chwilę przysiąść w jednej z licznych kafejek przy rynku (Plaza de 9 Julio) o kolonialnej zabudowie i przyjrzeć się XIX-wiecznej katedrze św. Franciszka, w cieniu eukaliptusów, cedrów i drzewek pomarańczowych. Jeśli skierujemy się w którąś z dalszych uliczek, od razu zauważymy mężczyzn z plastikowymi woreczkami wypełnionymi zielonymi liśćmi. To koka. Nikt jej nie pali, ale bardzo wielu żuje jak tytoń – jest tu legalna. Robili tak Indianie, to samo czynią ich potomkowie.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

Jest kilka rzeczy, które ściągają turystów w tak odległe rubieże Argentyny. Oprócz wina i Cafa-?yate jest nią malutkie, choć słynne na cały świat Muzeum Archeologii Wysokogórskiej, znajdujące się przy wspomnianym rynku i na tym wielu przybyszów kończy swoje wyprawy.

Oprócz indiańskich rękodzieł z przeszłości, jakich pełno w podobnych instytucjach w Ameryce Południowej, to co przyciąga tu zwiedzających, to mumie indiańskich dzieci, które odnaleziono zamrożone w 1999 roku w Andach na szczycie wulkanu Llullaillaco. Nazwano je Dziećmi Llullaillaco. Wielokrotnie widziałem w egipskich muzeach podobne „eksponaty", ale nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Może dlatego, że już w starożytności zostały odpowiednio spreparowane, a ich zdjęcia spotykamy w tysiącach filmów i publikacji, także dla najmłodszych.

Tutaj widok jest makabryczny. Mali ludzie zastygli przed 500 laty ze strasznym, pełnym cierpienia wyrazem twarzy, na których niemal widać niemoc i powolne umieranie. W dodatku, dzięki najnowszym badaniom dowiedzieliśmy się, że konali długo, w potwornym cierpieniu, chorzy, wycieńczeni i zmarznięci. Na ich ubraniach patolodzy odkryli ślady wymiocin, na ich ciałach skrzepy od chorób skórnych. Ten nie miał w sobie nic egipskiego, poczułem się nieswojo i wyszedłem. Ale chętnych do zwiedzania jest tu masa, choć w samej Argentynie podnoszą się już głosy, że to profanacja ofiar.

Kolorowy surrealizm

Szczęściem wielu wybiera inny cel podróży – jest nim słynny na cały świat i jeden z najpiękniejszych obszarów winiarskich – Dolina Cafayate. Ale nie tylko ona – już co najmniej trzy- lub nawet czterogodzinna droga samochodem, by tam dotrzeć, to jedno z większych przeżyć widowiskowych, jakie może zgotować człowiekowi natura (ale można też wybrać się autobusem lub nawet na... rowerze!).

Przez całą drogę, mijając kolejne doliny wyschniętych w listopadzie rzek, biedny człowiek nie wie, na czym skupić wzrok i co fotografować. Czuje się malutki wobec sił przyrody, które przez setki tysięcy lat rzeźbiły te krajobrazy.

Zaczyna się od kolorów, bo kaniony i doliny najeżone są niezliczonymi minerałami, ułożonymi warstwowo. Te zaś, wypłukiwane przez wody deszczowe i gruntowe, tworzą fantastyczną paletę barw na powierzchni. Skały są czerwonawobrązowe, zielone, żółte, niebieskie, a łącząc się ze sobą, tworzą całą gamę odcieni pośrednich. W ludzkiej wyobraźni wywołuje to rozmaite skojarzenia: kosmiczne kształty kolorowych kościołów, mnichów, zwierząt, zamków, wulkanów, amfiteatrów, kraterów i... wszystkiego, cokolwiek jest w stanie wymyślić ludzki umysł, patrząc na dziwne skalne wytwory. Kolorowy surrealizm w słońcu!

Gdybym tego nie zobaczył na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył, że w naturze można spotkać tak niesamowitą paletę barw. Ciągną tu masy fotografów z całego świata z takim sprzętem, który obejrzeć można tylko w fachowych katalogach. Ekwipunek pewnej fotograficzki ze Stanów, pracującej dla amerykańskiego kolorowego pisma, z którą miło konwersowałem podczas robienia zdjęć, oceniłem lekko na ponad 300 tysięcy złotych (główny aparat to hasselblat; sprzęt tej firmy służył do robienia zdjęcia podczas kosmicznych wypraw Apollo).

Zdjęcia z drogi Salta–Cafayate (Ruta 68) to obowiązkowe obrazki w każdym albumie czy przewodniku po argentyńskiej części Andów. Gdyby w latach 60. ubiegłego wieku można tu było łatwiej dojechać, doliny być może stałyby się naturalnymi plenerami dla twórczości Sama Peckinpaha czy Sergio Leone, w każdym razie zdaje się, że muzyka Ennio Morricone wybrzmiewa niemal zza każdego zakrętu wijącej się drogi.

Tropikalna dżungla

Mijając kolejne kaniony, przynajmniej kilka razy trzeba się zatrzymać, aby zrobić zdjęcia. W najbardziej olśniewających miejscach znajdziemy indiańskie stragany z różnymi wyrobami, a często także grajków wykonujących ludową muzykę. Indianie nie wystawiają z reguły futerałów na datki, ale sprzedają własnej produkcji płyty CD ze swoimi utworami. Musica salteña jest znana w Argentynie i w świecie – mój ojciec przez przypadek kupił kiedyś od indiańskich muzyków na krakowskim Rynku taką składankę!

W Cafayate nie można się nudzić. Winnic brakuje, bo areał jest ograniczony warunkami terenowo-klimatycznymi. Ale winiarze znaleźli na to sposób, bo miejscowe wyrafinowane wina stały się bardzo poszukiwane. Ruszyli w góry. Dziś winnice sadzi się już na wysokości ponad 3 tysięcy metrów, gdzie ciężko oddychać i strach pomyśleć, co będzie dalej.

Spacerując po andyjskich okolicach Cafayate, trafić można w miejsce magiczne. W pewnym momencie współtowarzysz klepnął mnie w ramię i powiedział: „koleś, odwróć się!". Kiedy ja podziwiałem andyjskie śniegi i lodowce, za moimi plecami nieoczekiwanie pojawiła się tropikalna dżungla z palmami. Wiele razy odwracałem głowę tam i z powrotem. Niestety, przypomniałem sobie, że nie jestem jednym z twórców Panoramy Racławickiej i nie sfotografuję tego żadną miarą. Oba zjawiska były zresztą w gigantycznej odległości.

I nareszcie sprawa najważniejsza, wino – bo Salta (i jej największy fragment – Cafayate) to także region winiarski, jeden z najpiękniejszych na świecie. Posiada prawie 2 tysiące hektarów winogradów, które są we władaniu zaledwie kilku poważnych producentów i kilkunastu mniejszych.

Spór o to, gdzie znajdują się najwyższe winnice świata, trwa od wielu lat. Chodzi o prestiż i, co oczywiste, względy promocyjne. Niektórzy tak się zapędzili, że zaczęli kwestionować, iż jeśli chodzi o Europę, to prym wiodą w tej kategorii winogrady we włoskiej Dolinie Aosty (1300 m n.p.m.), słynącej na równi z rzadkich, ale cenionych win, jak i tras narciarskich. Przeciwstawiono im znacznie wyżej położone winnice na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich (1600 m n.p.m.). Zapomniano jedynie o tym, że Kanary geograficznie należą do... Afryki, choć to faktycznie jeden z oficjalnych hiszpańskich regionów winiarskich. I to robiący coraz lepsze i coraz bardziej poszukiwane wina, mimo iż wyspy na co dzień każdemu turyście kojarzą się zupełnie z czym innym.

Jednak światowa palma pierwszeństwa pod względem winiarskiej wspinaczki przypada bezapelacyjnie Argentynie. I to nie tak osławionej Mendozie, skąd pochodzące wina (głównie z odmiany malbec) znajdziemy nie tylko w specjalistycznych butikach, ale także w każdym osiedlowym sklepie. Zwłaszcza teraz, kiedy na skutek kolejnego kryzysu gospodarka tego kraju i spadająca wartość peso istotnie wpływają na wzrost opłacalności eksportu i powodują zalew światowych rynków argentyńskim winem.

Ale Mendoza, gdzie małe i duże winiarnie jako pierwsze zaczęły umieszczać na etykietach dane o położeniu swych winnic nad poziomem morza (to chyba pierwszy taki chwyt marketingowy w historii), nawet nie dorasta do pięt nieodległej Salcie. Samo miasteczko Cafayate leży na wysokości ponad 2100 m n.p.m.! A winnice są jeszcze wyżej!

Rodzina Hess (wywodząca się ze Szwajcarii i dziedzicząca także tradycje piwowarskie), która posiada dziś świetne winiarnie na czterech kontynentach, swoje argentyńskie winnice wywindowała już do poziomu... 3111 m n.p.m. I ma zamiar iść wyżej! W winnicach ich Bodegi Colomé (założonej w 1831 r. przez ówczesnego gubernatora Salty) doprawdy ciężko złapać dech w piersiach, jeśli się nie siedzi w jeepie. Widziałem, jak je zakładano: wykuwając tarasy w kolorowych skałach i okładając brzegi kamieniami, by wszystko nie zjechało w dół.

Papugi – szkodniki

Colomé robi bardziej tradycyjne wina z argentyńskich odmian malbec i torrontés, ale obok, „nieco niżej" są młode uprawy chardonnay i pinot noir należące do innych właścicieli – domyślam się, że powstaną z nich wina musujące, bo to klasyczny kupaż dla takich win. A więc będą i bąbelki z winiarskiego dachu świata, i ta informacja pewnie również znajdzie się na etykietach.

Jednak nie popadajmy w przesadę – zdecydowana większość winnic ulokowana jest na terenach płaskich pomiędzy wzniesieniami. Uprawa tarasowa wysoko w górach byłaby zupełnie nieopłacalna. Wysokie tarasy to tylko perły w koronach i powód do dumy mieszczących się tu winiarni.

W Cafayate jest sucho, więc winnice sąsiadują z kaktusami, a traktory spulchniające winogrady, czy też kopiące kolejne rowki nawadniające, co rusz wyrzucają na wierzch gliniane skorupy starych naczyń. Nie mam pojęcia, czy są to istotnie zabytki, w każdym razie wyglądały na stare i posiadały indiańskie (w moim mniemaniu) inskrypcje. Niemniej jest ich tak wiele, że zupełnie nikt się nimi nie interesuje, więc jedną czy też dwie zabrałem sobie na pamiątkę.

To, że jest sucho, nie oznacza, że źle. Przeciwnie – wody jest tu aż nadto, ale trzeba wiedzieć, jak ją w prosty sposób zdobyć i ujarzmić. Stosowanie nawadniania kropelkowego, polegającego na tym, iż z rozciągniętych wzdłuż szpalerów wężyków pod każdy krzaczek jest dozowana odpowiednia ilość wody, co jest rozpowszechnione na masową skalę na suchszych terenach (choćby w całej Australii), jest tu zupełnie nieopłacalne.

Wody w Cafayate jest pod dostatkiem – pochodzi z topniejących latem andyjskich lodowców i płynie tu w zasadzie przez cały rok niemal za darmo. Sztukę jej pozyskiwania już przed wiekami do absolutnej perfekcji doprowadzili Indianie.

W Cafayate działają tysiące, jeśli nie miliony kanalików, zaporek oraz spiętrzonek i dokładnie odmierzoną ilość wody można doprowadzić w dowolne miejsce: nie tylko w dół, w prawo czy w lewo, ale także pod górę (sic!). Widziałem to na własne oczy. Rzecz jasna – naturze pomaga się dziś  choćby plastikowymi plandekami czy gumowymi szlauchami, ale i tak jest na co popatrzeć z otwartymi ustami. W dodatku jest to jeden ze sposobów pozyskiwania ciągle najczystszych zasobów krystalicznej wody na świecie.

Wygląda to niezwykle romantycznie, a przy okazji dodaje winom promocyjnego efektu ekologiczności i współżycia z naturą. Choć akurat tu bez europejskiego zadęcia jest to prawdą.

Wyobraźmy sobie teraz 350 słonecznych dni na takiej wysokości! Morderczych upałów nie ma, co jest niezwykle podstępne, bo powietrze jest tu już rozrzedzone i jeśli pospacerujemy przez cały dzień bez kapelusza i okularów, możemy nie wrócić do hotelu, tylko wylądować w szpitalu.

Podobnie zresztą odczuwają to winogrona. Z powodu upałów tradycyjnie uprawiano je tu na wzór włoski na stelażach, tzw. pergolach, tak by owoce były przykryte z góry gęstą warstwą liści. Bardziej nowoczesny szpalerowy sposób uprawy wymógł na winiarzach okrywanie w czasie dojrzewania parceli folią – inaczej kiście zostałyby spalone, choć temperatura w czasie zbiorów nie przekracza dwudziestu paru stopni, a nocą spada o kilkanaście kresek w dół. I właśnie ta amplituda sprawia, że Cafayate jest wyjątkowe.

Owoce są bardzo dojrzałe (coraz częściej aż za bardzo, dlatego zbiera się je coraz wcześniej) i aromatyczne, a jednocześnie zachowują wysoką rześką kwasowość. Dają więc czyste, orzeźwiające i pachnące wina. W dodatku krzewy na tej wysokości nie są gnębione przez choroby i pleśnie, ani też przez ptactwo zżerające w innych częściach świata sporą część dojrzałych jagód.

Mali ludzie z Llullaillaco zastygli na mrozie przed 500 laty. Konali długo, w potwornym cierpieniu, chorzy, wycieńczeni i zmarznięci

Jedynym poważniejszym problemem są papugi, które gnieżdżą się w dziuplach wysoko w skałach. Gardzą owocami, ich przysmakiem są młode pędy i pąki winorośli. Zmora winiarzy. Ale uprawy i tak należą do najczystszych ekologicznie na świecie i niemal w ogóle nie są opryskiwane.

Gumowa lama

Kluczowymi dla Cafayate są klasyczne odmiany argentyńskie – biały torrontés i czerwony malbec, ale coraz więcej jest tu pinotów, tannatów, cabernetów i merlotów. Pierwsze winogrady europejscy osadnicy zakładali tu w XVI wieku, jednak te nowocześniejsze powstawały tu w XIX wieku. Wspomniana już Colomé, dalej – założona przez francuskich emigrantów wytwórnia Michel Torino (należąca do nich stara winiarnia El Esteco jest jedną z najpiękniejszych w Cafayate, fantastycznie utrzymana w stylu klasycznej latynoskiej hacjendy mieści pod jednym dachem zarówno winiarnię, jak i pięciogwiazdkowy hotel). I kolejne z czołówki: Etchart, Anko, San Pedro de Yacochuya (gdzie produkcję ustawił słynny winemaker Michel Rolland) i Domingo Molina. Niemal wszystkie są dostępne w Polsce.

Miejscowa kuchnia jest prosta i uboga. Nie brakuje kukurydzy i innych zbóż, owoców, przetworów mlecznych i warzyw, ale do meksykańskiego wyrafinowania jest tu bardzo daleko. Są i miejscowe sery, a nawet wędliny. Inne uprawy coraz częściej przegrywają z winnicami, ale nie  jest to chyba problem dla miejscowych, bo wolą lepiej zarabiać i pracować w winnicach, niż pielęgnować własne poletka.

Brakuje – nie wiadomo w sumie dlaczego – przypraw. Miałem wrażenie po wizycie w przyrynkowych barach-restauracjach Cafayate, że tak było tu od zawsze, bo turyści nie przyjeżdżają tu, by zjeść bezsmakową zupę papkę z jakiejś kaszy czy kukurydzy. Przybysze – jak w całej Argentynie – są nastawieni na steki, więc płachty soczysto-krwistego mięsa dostaniemy tu właściwie wszędzie, choć wątpię, by taka była dieta pierwotnych mieszkańców.

Większość turystów winiarskich zatrzymuje się po prostu w winiarniach, z których niemal wszystkie prowadzą działalność „agroturystyczną". To najczęściej doprawdy luksusowe ośrodki, przyciągające nie tylko swoimi winami, ale i winnymi spa, kąpielami w winie i gronowych wytłokach, masażami gorącymi kamieniami, basenami i polami golfowymi. No i widokami – rzecz jasna.

W takich miejscach zjeść można niemal tak dobrze jak w Toskanii czy Lyonie od homarów po ostrygi oraz delektować się wyśmienitymi sosami oraz dowolnymi przyprawami. Kosztuje to sporo, ale mniej wymagający mogą przecież zatrzymać się w którymś ze znacznie tańszych hotelików w miasteczku.

Większym problemem dla miejscowych kucharzy jest to, że na tej wysokości proces gotowania jest dwa razy dłuższy. Pieczenie delikatnej w końcu jagnięciny dla turystów Indianie zaczynają o ósmej rano, aby była gotowa na wczesny obiad czy też lunch – pal licho, jak to nazwiemy.

Atrakcją (dla mnie wielce wątpliwą) jest mięso lam – bodaj najpopularniejszych tu zwierząt. Z lamami fajnie jest na miejscu zrobić sobie zdjęcie, można też je dosiąść. Większość hasa wolno po niedostępnej okolicy. Te udomowione często stoją przy indiańskich straganach wzdłuż drogi z Salty do Cafayate, przyciągając turystów.

Zawsze istnieje obawa, że zwierzę może nas opluć, choć Indianie zapewniają, że nie ma takiego niebezpieczeństwa. Jednak wystarczy głębokie, tajemnicze spojrzenie zwierzęcia przez niemal zawsze półprzymknięte, uniesione i otoczone rzęsami oczy, a budzi się w nas dreszcz niepokoju wyniesiony z młodzieńczych lektur.

Mięso lam jest podawane nie tylko w najlepszych restauracjach regionu, choć nie należy do najtańszych. Jadłem kiedyś w Afryce kotleta ze stopy wielbłąda, krewniaka lam, były OK. Ale to lamie mięso wydawało mi się jakieś dziwne i gumowe, w dodatku wzbudziło niepokój w moich trzewiach. Więc jeśli chodzi o lamy, pozostanę przy szalikach z ich wełny.