Wyrwaliśmy się z orbity ponurego Układu Warszawskiego, by stać się częścią Zachodu. Stany Zjednoczone, jako najpotężniejsze państwo paktu, stało się gwarantem naszego bezpieczeństwa, a ścisły, transatlantycki sojusz – symbolem nieodwracalności historycznego przełomu. Dla kolejnych rządów, niezależnie od ideologicznych barw, stosunki z Waszyngtonem były priorytetowe.
Dla prawicy, zauroczonej Ronaldem Reaganem i jego twardą postawą wobec Związku Sowieckiego, bezwarunkowa miłość do Ameryki wynikała z głębokiego przekonania, że tylko Stany będą pryncypialnie bronić Polski i całego regionu przed zakusami ze strony wschodniego sąsiada.
Lewica zaś, „przytulając" się do Wuja Sama, zachowywała się po części jak neofita, który za wszelką cenę chciał udowodnić swoją przydatność w nowym, geopolitycznym rozdaniu oraz wymazać dawne winy. Platforma Obywatelska chciała pójść środkiem: podtrzymać dobre relacje z Ameryką, ale jednocześnie wprowadzić do nich nieco więcej asertywności. Z jednej strony podkreślać wagę transatlantyckiego sojuszu, z drugiej zaś postawić na coraz silniejsze związki z Niemcami. Tak jak niegdyś Leszek Miller usilnie starał się zrzucić z siebie bagaż „sowieckości", tak od 2007 roku Donald Tusk i Radosław Sikorski (wciąż postrzegany w Europie jako bliski amerykańskim neokonserwatystom) robili wszystko, by pozbyć się piętna Polski jako proamerykańskiego „pudla".
Słyszeliśmy więc wielokrotnie, że jesteśmy bezpieczni i nie zagraża nam żaden zewnętrzny wróg. Że nasze stosunki gospodarcze z Niemcami, Francją, Holandią, a nawet z Rosją mają dużo większe znaczenie niż handel ze Stanami Zjednoczonymi. Że tak naprawdę bardziej potrzebujemy Unii Europejskiej niż Ameryki. Bo jesteśmy przecież krajem europejskim, a nasza przyszłość jest nierozerwalnie związana z Unią.