Stojący za mną po bilety na mury Amerykanin awanturuje się, że w przewodniku jest błąd ortograficzny. – „Stone" – pisze się z „e" na końcu. A tu o „e" zapomniano. Elegancka brunetka w roli kasjerki odpowiada mu z przekąsem: – to nie „stone", drogi panie, tylko „Ston"; tak się nazywa miasteczko...
Ale Amerykanin nie wygląda na przekonanego. Nerwowo wyrywa kasjerce bilet, odwraca się na pięcie i rusza na imponujące mury. Będzie mu ciężko, bo chodnik na szczycie muru ciągnie się stromo pod górę, a przygniecionemu za dużym kapeluszem Jankesowi z przyciasnych spodni wylewa się jak budyń z kompotierki spory brzuch. Mimo to dzielnie pnie się w górę w wędrówce po najdłuższej fortyfikacji średniowiecznej Europy, która, podobnie jak chiński mur, jest już dzięki Mr. Google'owi widoczna z satelity.