Nowe regulacje prawne dotyczące egzekucji komorniczej zostały przedstawione przez Ministerstwo Sprawiedliwości jako wielki sukces na drodze „ucywilizowania" zasad wykonywania zawodu przez komorników, dotychczas rzekomo głęboko patologicznych. Przypomina to nieco konflikt obozu rządzącego ze środowiskiem sędziowskim, w którym starano się przekonać szerszą publiczność, iż sędziowie to co do zasady złodzieje kiełbasy. Podobnie na jednostkowych patologicznych przykładach, jak słynna sprawa „zaboru" traktora należącego do sąsiada dłużnika, zbudowano z gruntu nieprawdziwą narrację, że komornicy to w zasadzie gangsterzy parający się wymuszaniem zwrotu długów. Tak zresztą zawód ten postrzega sam minister sprawiedliwości, który na konferencji prasowej poświęconej nowym ustawom wprost powiedział: „Komornik nie będzie teraz kojarzony z kimś niemalże z pogranicza świata przestępczego" (cyt. za https://nto.pl/komornicy-2019-nowe-ustawy-o-komornikach-od-1-stycznia-2019-r-jakie-zmiany-w-prawie-o-komornikach/ar/13774750). Zadziwia przy tym, że rząd kierowany przez byłego top menedżera bankowego nie ma zdolności analitycznych, które pozwoliłyby mu przewidzieć uboczne, negatywne skutki nieprzemyślanej legislacji wdrażanej pod publiczkę. Łatwo uzyskać krótkoterminowe korzyści polityczne pod hasłem „dokręcenia śruby" niepopularnemu społecznie środowisku zawodowemu, bo któż lubi komorników. Nieco już trudniej natomiast dostrzec, jak dalece szkodliwe dla rynku niskonominałowych kredytów konsumenckich – na dłużej niż najbliższe wybory parlamentarne – okazać się mogą wprowadzone rozwiązania. Co przy tym ciekawe, ten krąg potencjalnych wyborców, który rzekomo ma być głównym beneficjentem nowych regulacji, czyli mniej zamożni konsumenci korzystający z kredytów konsumpcyjnych o niskiej wartości, w ostatecznym rozrachunku okaże się najbardziej pokrzywdzony.

Czytaj też:

Resort Ziobry: nieprawda, że nadchodzi "eldorado dla dłużników"

MS: co dokładnie zmienia się w przepisach o egzekucji komorniczej

Rafał Fronczek nie widzi groźby wywłaszczenia komorników z systemu informatycznego

Reforma egzekucji komorniczej od 1 stycznia 2019 r. choć brakuje rozporządzenia

Tańsza egzekucja długu

Lodówka nie pomoże

W krótkiej analizie nie ma miejsca na kompleksowe omówienie obu nowych ustaw komorniczych, ograniczę się zatem do wskazania praktycznych następstw, do których średnio- i długookresowo doprowadzi regulacja zawarta w art. 29 ust. 4 ustawy o kosztach komorniczych. Można by jednak wskazać także inne regulacje utrudniające odzyskanie wierzycielom niskonominałowych należności masowych z tytułu pożyczek konsumenckich. Tytułem przykładu, z mocy znowelizowanego ustawą o komornikach art. 829 pkt 1 kodeksu postępowania cywilnego, spod egzekucji zostały enumeratywnie wyłączone niektóre sprzęty AGD (pralki, lodówki, odkurzacze, piekarniki itd.) oraz niektóre sprzęty wyposażenia mieszkania (łóżka, stoły, krzesła). Jeżeli zatem klient zapragnie kupić na kredyt dajmy na to lodówkę, to ta lodówka nie może już być przedmiotem realnego zabezpieczenia kredytu konsumenckiego, skoro komornik nie będzie mógł jej zająć. W ten prosty sposób zdewastowano utrwalony i dobrze funkcjonujący schemat pożyczek konsumenckich pod zastaw przedmiotu nabytego na kredyt. Zrozumiałe jest zatem, że instytucje kredytowe będą żądać innych zabezpieczeń. Sęk w tym, że niezamożny konsument pragnący polepszyć sobie na kredyt standard życiowy, takimi innymi zabezpieczeniami właśnie z reguły nie dysponuje. Wszystko zatem wskazuje na to, że po 1 stycznia spora część klientów hipermarketów odejdzie ze sklepów z tzw. kwitkiem.

Teza z gruntu fałszywa

Stosownie do art. 29 ust. 4 ustawy o kosztach komorniczych w razie umorzenia postępowania egzekucyjnego między innymi z powodu bezskuteczności egzekucji komornik pobiera od wierzyciela opłatę w wysokości 150 zł, z wyjątkiem przypadków, o których mowa w art. 30. Opłata podlega zmniejszeniu o sumę opłat egzekucyjnych ściągniętych i obciążających dłużnika. Z kolei z art. 30 wynika, że w razie „oczywiście niecelowego wszczęcia postępowania egzekucyjnego" komornik wydaje postanowienie o pobraniu od wierzyciela opłaty stosunkowej w wysokości 10 proc. egzekwowanego świadczenia. W takim przypadku komornik nie ściąga ani nie pobiera opłaty od dłużnika, a opłatę ściągniętą lub pobraną mu zwraca.

Natomiast z art. 29 ust. 5 pkt 3b ustawy wynika, że nie pobiera się owej opłaty z tytułu bezskuteczności egzekucji od wierzyciela, który jest instytucją finansową, o ile jest on zarazem wierzycielem pierwotnym, a wierzytelność nie była przedmiotem obrotu – pod warunkiem że postępowanie egzekucyjne zostało wszczęte przed upływem dwóch lat od powstania tytułu egzekucyjnego obejmującego daną wierzytelność.

Regulacje powyższe Ministerstwo Sprawiedliwości wskazuje jako mające ukrócić istotną patologię zaobserwowaną w sektorze windykacyjnym, polegającą na premedytowanym umarzaniu egzekucji po to tylko, aby ją ponownie wszcząć u innego komornika celem ponownego nałożenia na dłużnika kosztów egzekucyjnych. Temu „hodowaniu kosztów egzekucji" ma zapobiec rzeczona regulacja. Trudno zgadnąć, na podstawie jakich danych statystycznych minister sprawiedliwości doszedł do konkluzji, że „hodowanie kosztów egzekucji" jest systemową patologią sektora windykacyjnego. Natomiast każdy, kto ma cokolwiek do czynienia z firmami windykacyjnymi, wie, że jest to teza fałszywa.

Wystarczy wskazać, że aby ponownie wszcząć dotychczas bezskuteczną i umorzoną egzekucję, firma windykacyjna na podstawie poprzednio obowiązujących przepisów musiała ponownie wpłacić zaliczkę nowemu komornikowi. Musiała zatem dokonać realnego i bieżącego wydatku, licząc na to, że w odległej przyszłości uzyska od aktualnie niewypłacalnego dłużnika większą spłatę, bo obejmującą także tak „wyhodowany" koszt. Prowadzenie biznesu windykacyjnego opartego na takim modelu finansowym jest po prostu niemożliwe dla większości firm z tego prostego powodu, że nie pozwala na to ich bieżąca kondycja płynnościowa. Pamiętać bowiem trzeba, że mówimy o obrocie masowym, trzeba by zatem „zamrozić" bardzo znaczące w budżetach firm windykacyjnych kwoty, aby uzyskać jakikolwiek istotny efekt księgowy.

Windykator nie może wiedzieć

Tego typu pomysły przychodzić mogły zatem do głowy wyłącznie specjalistom od kreatywnej księgowości, po to aby zwiększać „papierowy" wolumen aktywów firmy windykacyjnej. Zdecydowana większość przedsiębiorców tak z branży windykacyjnej, jak i spoza niej doskonale jednak wie, że kreatywna księgowość ma krótkie nogi, dlatego też w rzeczywistości to, co Ministerstwo Sprawiedliwości imaginuje sobie jako systemową patologię, jest zjawiskiem marginalnym. Do czego natomiast prowadzi nowa regulacja, nietrudno zgadnąć, w szczególności gdy idzie o firmy windykacyjne zarządzające wierzytelnościami niskonominałowymi pochodzącymi z niespłaconych kredytów konsumpcyjnych, nieopłaconych składek ubezpieczeniowych, niezapłaconych rachunków telefonicznych itp.

Pomińmy już nawet ocenną przesłankę „oczywiście niecelowego wszczęcia postępowania egzekucyjnego" przez firmę windykacyjną, co spotka się z sankcją w postaci nałożenia na taką firmę opłaty w kwocie 10 proc. dochodzonej wierzytelności, a skoncentrujmy się na owej opłacie ryczałtowej w kwocie 150 zł od każdej jednostkowej i nieściągalnej wierzytelności. Bez ryzyka popełnienia dużego błędu założyć można, że pakiety drobnych wierzytelności firmy windykacyjne nabywają od banków, operatorów telefonicznych, ubezpieczycieli itd. za ok. 20–25 proc. ich wartości nominalnej, oraz że średnia wysokość pojedynczej drobnej wierzytelności wynosi ok. 1000 zł. Wiadomym jest także, że skuteczność odzyskiwania takich wierzytelności przez firmy windykacyjne nie przekracza zasadniczo 50 proc. wartości posiadanego portfela wierzytelności.

Z powyższego wnika, że w celu nabycia pakietu rozdrobnionych wierzytelności o wartości dajmy na to 50 mln zł firma windykacyjna zapłacić musi przynajmniej 10 mln zł, licząc na to, że w dłuższym okresie (ok. pięciu do siedmiu lat) uzyska z egzekucji przychód rzędu 25 mln zł powiększony o koszty i odsetki. Jednakże chodzi w tym przykładzie o wolumen 50 tys. drobnych wierzytelności, z których połowa, statystycznie rzecz szacując, jest nieściągalna. W sytuacji tej na podstawie nowych przepisów firma windykacyjna musi zapłacić komornikowi w sumie 3 mln 750 tys. zł z tego tytułu, że komornik nie był w stanie uporać się z egzekucją i wyegzekwować cokolwiek od dłużnika. Okazuje się zatem, że 37,5 proc. ceny zapłaconej na nabycie pakietu wierzytelności to dodatkowy koszt do poniesienia, jeżeli windykator zdecyduje się na egzekucję komorniczą całego pakietu. Kupując bowiem owe przykładowe 50 tys. drobnych wierzytelności nie może wiedzieć, które konkretnie są nieściągalne, może jedynie posługiwać się narzędziami do analizy statystycznej. Windykator nie może zatem także wiedzieć, które konkretnie wierzytelności ma kierować do egzekucji komorniczej, a które nie. Opierając się na wymaganej przez ustawę o rachunkowości zasadzie ostrożności, powinien więc dla każdego nabywanego pakietu rozdrobnionych wierzytelności niskonominałowych zawiązywać rezerwę w wysokości 37,5 proc. ceny nabycia. Nikomu chyba – może poza analitykami z Ministerstwa Sprawiedliwości – tłumaczyć nie trzeba, że taki zabieg księgowy mieć będzie dewastujący wpływ na sprawozdania finansowe firm windykacyjnych.

Jaki zatem będzie efekt końcowy pomysłów reformatorskich przeforsowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości? Ano to także łatwo przewidzieć: drastyczne ograniczenie dostępności niskonominałowych kredytów konsumpcyjnych dla mniej zamożnych klientów. W takim modelu finansowania, jaki funkcjonuje nie tylko w Polsce, ale generalnie we współczesnym świecie, rola firm windykacyjnych jest doniosła, funkcjonują one bowiem na zasadzie outsourcingu poza sektor bankowy niezbędnego elementu w procesie udzielania finansowania i szacowania ryzyka kredytowego. Jakiż to zatem interes ekonomiczny będą mieć banki w udostępnianiu niskonominałowych kredytów i pożyczek, gdy wiedzieć będą, że nie mogą się zabezpieczyć na przedmiocie nabywanym za kredyt (AGD i sprzęty domowe wyjęte spod zajęcia)? Z drugiej strony ceny za zbywane przez nie pakiety wierzytelności trudno spłacalnych istotnie spadną, gdyż firmy windykacyjne specjalizujące się w zarządzaniu portfelami rozdrobnionych wierzytelności niskonominałowych, ratując się przed bankructwem, będą musiały w swym rachunku ekonomicznym uwzględniać owe nieszczęsne 150 zł opłaty od każdej pojedynczej wierzytelności.

Podatek od nieskuteczności

Pokrętna aksjologia widoczna w stanowisku Ministerstwa Sprawiedliwości jest niezwykle irytująca z punktu widzenia standardu tzw. rzetelności kupieckiej. Moralnym jest, jak rozumieć należy, niespłacanie drobnych długów oraz zachęcanie komorników obsługujących firmy windykacyjne, aby najlepiej nic nie robili w celu odzyskania drobnych wierzytelności, gdyż jeżeli przemnożą sobie 150 zł przez masę jednostkowych wierzytelności, które otrzymali do obsługi, to na takim zaniechaniu aktywności wyjdą znacznie lepiej – no a przede wszystkim bardzo dobrze wyjdzie na tym Skarb Państwa, skoro w nowym modelu koszty komornicze są po prostu daniną publiczną, z której tylko część otrzymują komornicy.

Mamy zatem w istocie konstrukcję podatku nakładanego na wierzyciela z tego tytułu, że komornik okazał się nieskuteczny. Przy tym wszystkim takie „drobiazgi" jak naruszenie zasady równości podmiotów gospodarczych (bank prowadzący egzekucję nie ponosi tej daniny, ale firma windykacyjna już tak) nikogo pewnie specjalnie nie poruszą. Wszak wiadomo, że konstytucja to tylko hasło „totalnej opozycji", czyli grupy oszołomów złośliwie zwalczających „dobrą zmianę".

Autor jest doktorem nauk prawnych, radcą prawnym, wspólnikiem kancelarii „Oleś & Rodzynkiewicz" w Krakowie