Kilka miesięcy przed wybuchem pandemii wracałem z Finlandii z konferencji klimatycznej z pewnym wiceministrem środowiska. Roztaczał podczas lotu szerokie wizje zmian środowiskowych w Polsce. Mówił o redukcji wydobycia węgla, niższej emisji CO2, energii odnawialnej etc. Kiedy zwróciłem uwagę, że w Polsce przez wadliwy system rośnie problem śmieciowy, który z czasem znowu zapełni lasy odpadami, nie podjął tematu. Podobnie zresztą jak większość jego kolegów z rządu, którzy na alarmujące sygnały płynące z gmin i miast o drakońskich podwyżkach cen za wywóz śmieci milczeli. Władza zadekretowała, że system jest dobry i kropka. Choć w wielu miejscach problem śmieciowy nie jest nowy, dziś dzięki sytuacji w Warszawie trafia na pierwsze strony gazet.

Korzenie tej patologii sięgają 2011 r., kiedy Polska zaczęła budowę nowego systemu postępowania z odpadami, zgodnego z wzorcami UE. Jednym z jego elementów była likwidacja zasad wolnorynkowych na rynku śmieci. Dotąd w jednej gminie konkurowało ze sobą kilka firm śmieciowych, posiadających koncesje. Konkurowały jakością i ceną, w ten sposób zdobywając klientów. Kiedy pisano ustawę, szybko pojawiła się demagogiczna retoryka, że wiele z tych firm wywozi śmieci do lasu, a system jest nieprofesjonalny i pozbawiony kontroli. Antidotum na to miało być zabicie konkurencji. Od tego czasu w gminie firma śmieciowa miała być wyłaniana w przetargu. Wygrywała ta, która dawała najlepszą cenę wywozu śmieci, jakość, a nieraz obietnice współtworzenia profesjonalnych sortowni czy spalarni odpadów. W ten sposób rynek śmieciowy w Polsce zdobyły duże zagraniczne firmy. Przychody tylko dwóch niemieckich koncernów śmieciowych sięgnęły już miliarda złotych rocznie, a zyski – kilkudziesięciu milionów.

Czytaj także: Zapis o pięciu workach śmieci był nielegalny

Wszyscy byli zadowoleni. Oprócz małych lokalnych firm, które upadały lub z czasem, nie widząc dla siebie perspektywy, zmieniły profil działalności. Kiedy na placu boju pozostali tylko monopoliści, o stosowaniu przyjaznych cen nie było już mowy. Dobrze to ilustruje przykład podwarszawskich Marek. Monopolista, który przed laty wygrał przetarg na swoje usługi, wolał przed czasem rozwiązać kontrakt z miastem i zapłacić wysoką karę, niż wywozić śmieci za cenę z przetargu. Kiedy miasto na nowo rozpisało przetarg – znowu wygrał, bo konkurencji praktycznie nie było. Tym razem jednak koszt jego usług nie był już przyjazny. Gmina, która znalazła się pod ścianą, zaczęła szukać sposobu, jak pokryć śmieciowe rachunki. Sięgnięto głębiej do kieszeni mieszkańców. Wybrano przy tym najbardziej niesprawiedliwy wariant wiążący ceny śmieci ze zużytą wodą, chociaż trudno tu o logikę. Dla niektórych rodzin ceny wzrosły o 400 proc.

To jednak nie tylko nieudolność władz gminy, którą przy wyborach rozliczą mieszkańcy – tak niezdrową sytuację stworzyła nieprzemyślana ustawa, wprowadzająca nową politykę śmieciową, gdzie interes dużych koncernów, kryjący się za dogmatami ekologicznymi, stoi wyżej od interesu obywateli. Cenę za to najpierw zapłacą najmniej zamożni mieszkańcy, których długi śmieciowe będą egzekwować komornicy, a później wszyscy pozostali, kiedy śmieci uciekających przed cenami mieszkańców znowu będą trafiać do lasu.

Czy tak miał wyglądać solidaryzm społeczny głoszony przez PiS? Żadne protezy w postaci blokowania cen śmieci przedstawione przez rząd nie pomogą. Ekologiczne obowiązki narzucone przez UE rosną i rosnąć będą też przerzucane na mieszkańców ich koszty. Jedynym sposobem jest uwolnienie rynku i dopuszczanie wolnej konkurencji – to zawsze było najprostsze i najlepsze rozwiązanie.