W 2013 r. do radomskiego biskupa zgłasza się ofiara księdza – ikony walki z komuną, która opowiada o okropieństwach, jakich dopuścił się, kiedy była dzieckiem. Mimo powierzchownego zainteresowania, rozmowy, nic się w tej sprawie nie dzieje. O historii nie jest też powiadomiony Watykan, mimo że prawo kościelne do tego obliguje. Mijają lata, księża, którzy mieli do czynienia z tą sprawą, zmieniają miejsca pobytu, kuria pozostaje bierna.

Wkrótce na światło dzienne zaczynają wychodzić kolejne pedofilskie historie z udziałem tego samego duchownego. Do kurii i prokuratury zgłaszają się ofiary seksualnej przemocy. Część straumatyzowanych już dorosłych ludzi odbija się od muru. Ich sprawy już się przedawniły. Nie mogą być ścigane. Sprawca może czuć się bezkarny. Kuria jednak nie może już sobie pozwolić na bierność. W 2017 r. zmieniają się przepisy, które za bierną postawę wobec pedofila przewidują więzienie.

Tłumaczenia jednak dalej są mętne: w 2013 r. nie było obowiązku informowania śledczych, kościelne śledztwo nie ruszyło, bo nie było formalnego zawiadomienia, nie było kontaktu z pokrzywdzonym, który rozpłynął się w powietrzu. Ustaliliśmy, że było inaczej.

Porażająca jest urzędowa bierność biskupa i jego otoczenia, którą można zamknąć w stwierdzeniu „nic się nie dało zrobić". Bo skoro prawo nie obligowało do informowania organów ścigania – ręce pozostają czyste. Tylko czy duchowny, ba, zwykły człowiek, posiadając sumienie, mając sygnał o możliwości popełnienia jednego z najbardziej plugawych przestępstw, może pozostać bierny, bo nie obliguje go do działania kodeks karny? Jeżeli kurii zależałoby na wyjaśnieniu i ukróceniu tej sprawy, natychmiast zawiadomiłaby prokuraturę z własnej inicjatywy. Przy odrobinie dobrej woli nie byłoby też problemu z ustaleniem, kto przebywał u podejrzanego księdza na plebanii.

Radomska historia dobrze ilustruje, jak ludzie Kościoła podchodzą do pedofilii, gdy pojawi się na ich terenie. I kiedy już nie przez deklaracje, ale czyny muszą zmierzyć się ze złem. Błędem Kościoła jest postrzeganie pedofilii we własnych szeregach jako czegoś obciążającego wiarę, którą głosi. Tymczasem pedofile w sutannach nie powinni być traktowani jak duchowni, tylko jak zwykli przestępcy grasujący w kościołach. Wyrachowane bestie, które przebierając się w szaty duchownych, okaleczają ufające im dzieci, łamiąc normy prawne i moralne.

Radomskie śledztwo jest promykiem nadziei, że można próbować ścigać pedofilów w sposób bezkompromisowy. Bo bez względu na to, czy pedofil czai się w celebryckim klubie czy na plebanii, wymiar zła jest taki sam. Problem w tym, że zarówno Kościół, jak i prokuratura podchodzą do tych spraw z dużą rezerwą. A tak się nie da. Pedofilia to trudne przestępstwo, w którym nie ma bezpośrednich świadków. Jest słowo ofiary przeciwko słowu sprawcy. Jest pamięć dziecka, której odtwarzanie po latach bywa trudne. Jeżeli Kościół i śledczy nie będą współdziałać, ta walka skazana jest na porażkę.

Mimo że odpowiednie przepisy obowiązują już od trzech lat, nie udało się jeszcze skazać ani jednego człowieka Kościoła, który swoim milczeniem przyczynił się do tuszowania przestępstwa. Tymczasem to kluczowa kwestia. Jeżeli nie będą karani biskupi, księża, kościelni czy gosposie, którzy wiedząc o pedofilii, nie zareagowali, przestępcy wciąż będą mieli bezpieczne środowisko, aby bezkarnie grasować, otoczeni szczelnym kordonem milczenia.

Czytaj:

Pedofilia w Kościele. Biskup nie zareagował

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Kto tuszował pedofilię w Radomiu?