fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Kto tuszował pedofilię w Radomiu?

Zeznania obciążające ks. Stanisława S. złożyło dotąd w prokuraturze dziewięć osób. Śledczy szukają innych osób, które mógł skrzywdzić
PAP, Piotr Polak
Biskup radomski w 2013 roku otrzymał informację, że jeden z podlegających mu księży mógł dopuszczać się czynów pedofilskich. Zlecił jej wyjaśnienie, ale kuria nie podjęła działań. Za zaniechania podwładnych odpowiedzialność ponosi jednak biskup.

Ksiądz Stanisław S. to w Pionkach, Suchedniowie i Radomiu postać bardzo znana. Działacz podziemia antykomunistycznego (ma swój biogram w „Encyklopedii Solidarności”), wydawca, drukarz i kolporter podziemnej prasy, członek podziemnej grupy Morwa, organizator mszy za Ojczyznę, potem kapelan m.in. „Solidarności”, weteranów Armii Krajowej, policji, stowarzyszenia YMCA (według Onetu na kapelana rekomendował go obecny szef NIK Marian Banaś, z którym działał w środowisku karateków). Harcerz (był m.in. członkiem Rady Naczelnej ZHP) i organizator obozów, posiadacz czarnego pasa w karate kyokushin. Za swoją działalność uhonorowany m.in. Orderem Uśmiechu, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem 100-lecia Odzyskania Niepodległości. Jego życiorysem dałoby się obdzielić kilka osób.

Czytaj także:

Pietryga: Sumienie równie ważne jak Kodeks karny

Duchowny, który święcenia kapłańskie przyjął w 1975 roku, pracował m.in. w Goźlicach k. Sandomierza, Sandomierzu, Opatowie, Pionkach, Oleksowie, Suchedniowie oraz Radomiu. Od września 2019 roku Prokuratura Rejonowa w Zwoleniu prowadzi śledztwo w sprawie doprowadzenia przez niego „do obcowania płciowego nieletnich poniżej lat 15-u, w okresie od 1985 roku do 2016 roku”. Śledztwo, które miało zakończyć się do końca kwietnia właśnie zostało przedłużone o kolejne trzy miesiące, a - jak dowiedziała się „Rzeczpospolita” - dotychczas obciążające duchownego zeznania złożyło dziewięć osób.

Doniesienie do prokuratury wpłynęło m.in. z Kwatery Głównej ZHP oraz kurii diecezjalnej w Radomiu w lipcu 2019 roku – jako pierwsza pisała o tym „Gazeta Wyborcza”. Ordynariusz radomski bp Henryk Tomasik usunął wówczas duchownego z funkcji proboszcza parafii Chrystusa Nauczyciela w Radomiu i zawiesił do czasu wyjaśnienia sprawy, wszczęte zostało również postępowanie kanoniczne.

Okazuje się jednak, że już sześć lat wcześniej – jesienią 2013 roku – do kurii zgłosił się mężczyzna, który poinformował biskupa, że jako dziewięciolatek był przez księdza S. (był on wówczas wikarym w Pionkach) molestowany seksualnie. Zgodnie z obowiązującym wówczas w Polsce prawem biskup nie musiał zgłaszać tej sprawy do prokuratury. Ale prawo kanoniczne przewiduje, że w takiej sytuacji powinien wszcząć tzw. wstępne postępowanie kanoniczne i po zbadaniu sprawy oraz uprawdopodobnieniu zarzutów przesłać sprawę Stolicy Apostolskiej. Nic takiego się nie stało.

Ręka w kroczu

Dotarłem do tego mężczyzny. Michał (imię zmienione) mieszkał w Pionkach. Ksiądz S. od początku lat 80. XX w. był tam wikariuszem. Oprócz pracy duszpasterskiej angażował się m.in. w harcerstwo organizując biwaki, obozy i zimowiska. Jako karateka prowadził też zajęcia sportowe.

– Parę razy byłem u niego w mieszkaniu, bo zapraszał na bajki. Ciągnęło mnie do oglądania bajek, bo plebania to było jedno z nielicznych miejsc gdzie był odtwarzacz wideo. Leżałem na dywanie w mieszkaniu księdza z oczami wlepionymi w ekran, a on się zabawiał. Byłem dzieciakiem i nie potrafiłem odmawiać, w sumie nie wiedziałem czy to, co robi, jest czymś złym – opowiada. – Raz, jakoś na krótko przed moją pierwszą komunią, do pokoju weszła zakonnica, zobaczyła mnie prawie nagiego, szybko się wycofała, on wybiegł za nią, ale prawie natychmiast wrócił do mieszkania, kazał mi się ubrać i iść do domu. Po tym zajściu więcej go nie widziałem, zniknął z Pionek. Nie było go na uroczystościach komunijnych. Wydaje mi się, że ta siostra zakonna komuś na niego doniosła i go przenieśli – mówi.

Michał przypomina sobie także inne zdarzenia z udziałem księdza, które miały charakter seksualny. – Pamiętam go jak przychodził na basen w czasie, gdy mieliśmy naukę pływania. Kiedy był tzw. czas wolny na zabawę w wodzie przychodził do nas i po kolei wrzucał nas do basenu. Za każdym razem łapał nas za krocze – mówi.

- To, co się wtedy działo tak naprawdę nazwałem dopiero, gdy byłem nastolatkiem, ale nadal to skrywałem w sobie. Raz zdobyłem jego numer telefonu. Zadzwoniłem do niego. Poznał mnie po głosie. A ja zapytałem czy pamięta, co mi zrobił. Odpowiedział jedynie krótko, że nic się wtedy złego nie stało i odłożył słuchawkę – opowiada ze łzami w oczach. – Kilka dni później ktoś dopadł mnie na ulicy. Złapał za ubranie i rzucił na latarnię. Usłyszałem, że mam się odp… od porządnego księdza. Czy tak postępuje ktoś, kto ma czyste sumienie? – pyta.

Przełamanie

Michał założył rodzinę. Wyjechał z Polski. Jesienią 2013 roku postanowił sprawdzić co dzieje się z ks. Stanisławem S. – Wpisałem w wyszukiwarkę jego nazwisko i na pierwszym miejscu wyskoczył mi artykuł sprzed dwóch lat informujący o tym, że w Pałacu Prezydenckim odebrał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Przyznał mu go tuż przed śmiercią prezydent Lech Kaczyński – opowiada.

Rzeczywiście ks. S. odebrał order w marcu 2011 roku. Wśród odznaczonych był wtedy m.in. ojciec Jan Góra. O uhonorowanie księdza wnioskowała radomska „Solidarność” oraz Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. „Odbieram to jako docenienie mojej pracy w okresie walki o niepodległość” – mówił duchowny reporterowi „Echa Dnia”.

- Tamtego dnia coś we mnie pękło. Facet, który krzywdził dzieci, bo teraz już wiem, że nie byłem jedyny, odbiera takie honory. Postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Że on musi ponieść jakąś karę za swoje czyny – wyjaśnia. – Za kilka dni miałem jechać do Polski. Sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem do radomskiej kurii. Krótko wyjaśniłem, o co chodzi i umówiono mnie na spotkanie z biskupem Henrykiem Tomasikiem.

Spotkanie pierwsze

Na rozmowę z biskupem Michał stawił się w poniedziałek 4 listopada 2013. – Dość dobrze pamiętam miejsce, w którym się to odbywało. Był tam taki komplet wypoczynkowy. Kanapa, dwa fotele i stolik do kawy. Kiedy wszedłem biskupa jeszcze nie było. Usiadłem na tej kanapie, a kiedy on wszedł usiadł obok mnie. I przez całe nasze ponad godzinne spotkanie tam siedział – relacjonuje. -  Krótko towarzyszył nam jakiś ksiądz, chyba jego sekretarz, który w pewnym momencie wyszedł.

- Pamiętasz przebieg tej rozmowy?

-  Tak. Była bardzo spokojna. Biskup pozwolił mi się wygadać, pamiętam, że na początku mówiłem dość nieskładnie. Potem się przełamałem i opowiedziałem dokładnie jak S. mnie molestował, jak któregoś razu w momencie, gdy się do mnie dobierał do pokoju weszła zakonnica i się wycofała, a on szybko z parafii zniknął. Słuchał uważnie i w pewnym momencie powiedział nawet, że mnie za tego księdza przeprasza. Pytał o mój stan psychiczny, czy potrzebuję jakiejś pomocy psychologicznej. Pojawił się też wątek ewentualnego zadośćuczynienia, który chyba wywołałem ja. Powiedziałem biskupowi, że ja się żadnych pieniędzy od kurii domagać nie będę, a jeśli mam dostać jakieś zadośćuczynienie to od S.

- Co jeszcze mówiłeś?

- Opowiedziałem biskupowi o tym, że byłem zastraszany. Jak ktoś mnie rzucił na latarnię. Biskup powiedział, że sprawę wyjaśni. Pod koniec naszej rozmowy zaczął mówić, że coś słyszał o jego pobycie w Pionkach, ale tego wątku nie dokończył, bo wszedł sekretarz i powiedział, że czekają na biskupa inni ludzie, a nasze spotkanie ciągnie się już godzinę. Pożegnaliśmy się i wyszedłem. Nigdy więcej nie miałem okazji rozmawiać z biskupem. Jakiemuś księdzu zostawiłem maila i to wszystko.

Spotkanie drugie

Czwartek, 7 listopada 2013 roku. Michał po raz kolejny przychodzi do kurii. Przyjmuje go ks. Sławomir Fundowicz, kanclerz kurii. Na powitanie dostaje wizytówkę: „Ks. dr hab. Sławomir Fundowicz, prof. KUL. Dyrektor Instytutu Prawa”. Na bilecie telefon komórkowy, mail. Ma tą wizytówkę do dziś w portfelu.

- Byliśmy w pokoju we dwóch. Ksiądz przy komputerze. Ja obok. Na początku poinformował mnie jak będzie wyglądała procedura. Wspomniał, że oskarżenie powinno być sformowane przeze mnie na piśmie, ale ponieważ nasza rozmowa będzie przez niego protokołowana to wystarczy. Zaznaczył, że to co piszemy jest do wysłania do Watykanu. Potem mówił, że konieczna będzie jego rozmowa z S. Mówił, że wprawdzie biskup już z nim rozmawiał i on się wszystkiego wyparł, ale to była rozmowa poza procedurą, i on będzie musiał ją powtórzyć. Potem poinformował mnie też, że mam prawo do zgłoszenia sprawy w prokuraturze – mówi.

- Co odpowiedziałeś?

- Że nie chcę z tym chodzić do prokuratury z uwagi na rodzinę i ewentualne szykany w naszą stronę, w końcu sprawca to bardzo szanowany duchowny i raczej społeczeństwo uwierzy jemu, a nie mnie. Potem zaczęło się przesłuchanie. Powtórzyłem wszystko to co mówiłem wcześniej biskupowi. Na koniec on wydrukował jeden egzemplarz i dał mi do przeczytania. Czytałem i zgłaszałem mu poprawki, które na bieżąco wprowadzał do komputera. Ten roboczy egzemplarz wrzucił potem do niszczarki, którą osobiście mu wskazałem. Potem zrobił dwa wydruki na czysto, obaj je podpisaliśmy. Stwierdził, że jeden jest dla biskupa gdyby chciał. Pytał czy ja też chcę.

- Masz ten dokument?

- Nie. Nie wziąłem go, bo bałem się, że zgubię. Za kilka dni wyjeżdżałem z powrotem za granicę. Z drugiej strony bałem się, że ktoś w domu może to zobaczyć, a rodzina nic o tym wtedy nie wiedziała. Umówiliśmy się, że ksiądz zeskanuje ten dokument i wyśle mi mailem. Parę razy upewniał się czy jest do mnie kontakt. Mówił, że na pewno ksiądz Tomasz ma (prawdopodobnie chodziło o ks. Tomasza Herca, sekretarza biskupa – red.). Nigdy niczego nie wysłał. Na koniec usunął plik z komputera, na którym wszystko pisał.

- Jak to usunął?

- Tłumaczył, że to nie jest jego komputer i lepiej będzie jak ksiądz, który na co dzień przy nim pracuje, nie będzie wiedział o czym rozmawialiśmy. Doskonale to pamiętam, bo pomagałem mu ten zapisany plik odnaleźć w komputerze. Wspominał jeszcze, że sprawa na pewno będzie wyjaśniania co najmniej przez miesiąc, i że w okolicach świąt powinien się ze mną skontaktować. Odpowiedziałem, że nie wiem czy wytrzymam.

- Skontaktował się?

- Nie.

Cisza

W 2014 roku Michał wciąż jest za granicą. Nikt z radomskiej kurii nie kontaktuje się z nim. W maju odnajduje wizytówkę do księdza Fundowicza. Wysyła maila z pytaniem: „Czy coś się dzieje w mojej sprawie? (a raczej w sprawie tego człowieka)”. Nie dostaje odpowiedzi.

- Wtedy nie dociskałem. Chciałem na to machnąć ręką. Zamknąć to, ale nie mogłem. Odbijałem się od ściany do ściany – opowiada o swoim stanie psychicznym.

Trzy lata po wizycie w kurii – w listopadzie 2016 roku – ponownie pisze do ks. Fundowicza. Dostaje odpowiedź. Ksiądz pisze, że od trzech lat jest proboszczem parafii w Przytyku. „Nie jestem w stanie przypomnieć sobie Pana sprawy. Od listopada 2013 roku kanclerzem Kurii jest ks. prał. Edward Poniewierski. Z wyrazami szacunku. Ks. Sławomir Fundowicz”.

Michał dociska: „Szanowny Panie. Pan spisał moje zeznania, które zgodnie z obietnicą miały trafić do Watykanu. Mam podstawy przypuszczać, że nie zostały nawet wysłane. W maju 2014 grzecznie Pana pytałem mailowo i nie raczył Pan nawet
odpisać. Czekam na informacje w mojej sprawie”.

Jeszcze tego samego dnia dostaje odpowiedź: „Pozwolę sobie przesłać Pańską korespondencję e-mailową do Kurii Radomskiej. Niestety nie mam w tym momencie żadnych uprawnień do prowadzenia jakiejkolwiek sprawy w imieniu Księdza Biskupa. Nie przechowuję żadnych materiałów związanych z moją pracą w Kurii. Zostały one pozostawione do dyspozycji Kanclerza Kurii. Od trzech lat mam zupełnie inne obowiązki i obecnie na nich jestem skoncentrowany. Trudno mi ocenić przebieg Pańskiej sprawy”.

Michał odpisuje, że wyraża zgodę na przekazanie korespondencji do kurii. Dziękuje też księdzu za pomoc w sprawie.

Kuria nigdy się do niego nie odezwie.

Wejście prokuratora

Mijają kolejne lata. Michał wrócił do Polski. W 2018 roku na tworzonej przez fundację „Nie lękajcie się” mapie pedofilii w Kościele odnajduje miejscowości, w których pracował ks. S. - A to mogło oznaczać, że skrzywdzonych jest znacznie więcej – opowiada.- Wtedy doszło do mnie, że Kościół z tą sprawą nie zrobił nic. Straciłem resztki zaufania.

W kolejnym roku zgłasza się do prokuratury. Okazało się, że dostała ona także zgłoszenie z Kwatery Głównej ZHP oraz… kurii diecezji radomskiej. O sprawie w lipcu 2019 roku pisała m.in. „Gazeta Wyborcza”. W tekście zasygnalizowano, że w 2013 roku do kurii zgłosił się jakiś mężczyzna, który oskarżył księdza S., ale ten w rozmowie z biskupem zaprzeczył oskarżeniom. Ponieważ nie było wówczas obowiązku informowania prokuratury o takich sprawach (obowiązek ten istnieje dopiero od 2017 roku - red.) kuria tego nie zrobiła.
Po tym tekście ksiądz został zawieszony i odwołany z urzędu proboszcza. Zostało też wszczęte postępowanie kanoniczne. Z kolei 23 września 2019 roku Prokuratura Rejonowa w Zwoleniu wszczęła śledztwo w sprawie „doprowadzenia do obcowania płciowego małoletnich poniżej lat 15-tu, w okresie od 1985 roku do 2016 roku, w datach bliżej nieustalonych, w Pionkach, Opactwie oraz innych miejscowościach na terenie całego kraju, tj. o przestępstwo z art. 200 $ 1 kk.”.

Wersja kurii

W 2019 roku nikt nie zadał pytania o to co sześć lat wcześniej Kościół zrobił dla wyjaśnienia tej sprawy. Postanowiłem zapytać o to teraz. Wszak w 2013 roku istniały już normy ustanowione w roku 2001 w motu proprio „Sacramentorum Sanctitatis Tutela” przez Jana Pawła II, które nakazują o każdej tego typu sprawie powiadamiać watykańską Kongregację Nauki Wiary.

Najpierw odnalazłem Michała i poznałem jego historię. Potem zacząłem zadawać pytania. Ks. Edwarda Poniewierskiego, kanclerza kurii i jednocześnie rzecznika prasowego zapytałem: czy prawdą jest, że w 2013 roku do kurii zgłosił się człowiek, który oskarżył księdza S. o molestowanie?; czy jego zgłoszenie zostało przyjęte?; czy rzeczywiście odbyła się rozmowa z ks. S.?; czy przeprowadzono wówczas badanie wstępne; wreszcie czy zgodnie z normami zawartymi w motu proprio „Sacramentorum Sanctitatis Tutela” z roku 2001 powiadomiono Kongregację Nauki Wiary? Jeśli nie, to dlaczego, a jeśli tak, to czy Kongregacja wskazała wówczas ordynariuszowi sposób postępowania w tej sprawie?

Ksiądz rzecznik odpowiedział: „W 2013 roku do Kurii Diecezjalnej w Radomiu zgłosił się mężczyzna, który stwierdził, że był w dzieciństwie molestowany przez ks. Stanisława S. Według obowiązujących zasad kościelnych oficjalne zgłoszenie przyjmował Delegat Biskupa. Mężczyzna ten został poinformowany przez Delegata Biskupa o możliwości zgłoszenia sprawy do prokuratury. Uzgodniono także potrzebę kolejnego spotkania z Delegatem Biskupa i zaproponowano możliwość złożenia pisemnego oskarżenia. Mężczyzna nie zostawił żadnych swoich danych osobowych i nie pojawił się na umówione spotkanie. Nie było, więc możliwości podjęcia dalszego kontaktu. Poproszony o wyjaśnienie ks. Stanisław S. zdecydowanie odrzucił przedstawione mu zarzuty. Nie było, zatem żadnych uprawdopodobnionych przesłanek do podejmowania dalszych działań. Dopiero w 2019 roku pojawiły się zgłoszenia dotyczące ks. Stanisława S. w formie pozwalającej nadać im bieg prawny, co zostało niezwłocznie podjęte”.

Wysłałem kolejne pytania, które poprzedzone zostały wstępem z drobiazgowym opisem historii Michała, że złożył relację w kurii, a potem także kontaktował się z ks. Fundowiczem mailowo. Zapytałem czy rzeczywiście delegatem biskupa był ksiądz Fundowicz; czy obecny kanclerz otrzymał od niego jakieś materiały w sprawie ks. Stanisława S. i czy możliwym jest, że ksiądz Fundowicz sporządził notatkę a następnie nikomu jej nie przekazał.

Ksiądz Poniewierski odpisał, że potwierdza treść swojego wcześniejszego maila. Dodał, że innej wiedzy w sprawie nie posiada. Załączył też swój komunikat z lipca 2019 roku wydany po informacji o doniesieniu kurii do prokuratury, w którym napisał m.in., że „do czasu zakończenia przewidzianych prawem czynności i dokonania ostatecznych ustaleń nie jest możliwe szersze informowanie osób postronnych ani o danych osobowych osób związanych ze sprawą, ani o szczegółach sformułowanych zarzutów, ani też o poszczególnych działaniach podejmowanych w związku z zaistniałą sytuacją”.

Krótka pamięć księdza

W międzyczasie napisałem też do księdza prof. Sławomira Fundowicza – dziś proboszcza parafii Przytyk, a jednocześnie kierownika Katedry Prawa Administracyjnego na KUL, wikariusza biskupiego ds. administracyjno-prawnych w diecezji radomskiej oraz konsultora Rady Prawnej Konferencji Episkopatu Polski. Księdzu profesorowi usiłowałem przypomnieć wydarzenia z jesieni 2013 roku – tak jak zrelacjonował je Michał. Pytałem czy spotykał się z człowiekiem zarzucającym ks. S. molestowanie i czy z tego spotkania powstała jakaś notatka, oficjalne pismo, a także o to czy Michał kontaktował się z nim w późniejszym czasie.

Ksiądz odpisał: „Potwierdzam, że w okresie, gdy pełniłem funkcję Kanclerza Kurii Diecezji Radomskiej (do 23.11.2013 r.) zgłosił się do Kurii mężczyzna w celu złożenia oskarżenia o dokonanie czynu pedofilskiego przez ks. Stanisława S. Uzgodniliśmy termin złożenia zawiadomienia w tej sprawie. Do końca mojego urzędowania mężczyzna ten nie zgłosił się do Kurii Diecezjalnej. W 2019 roku zostałem poproszony przez Kanclerza Kurii Diecezji Radomskiej o informację o wydarzeniach z 2013 roku i notatkę w tej sprawie mu przekazałem. Nic więcej o sprawie nie wiem”.

W kolejnych mailach ksiądz Fundowicz napisał, że spotykał się z jakimś mężczyzną na polecenie biskupa diecezjalnego, jego rozmowa z nim „wynikała ze stałej praktyki, zgodnie z którą Biskup mógł zawsze skierować interesantów do Kanclerza”. Podkreślił, że na tym jego rola się zakończyła i nie ma „żadnej wiedzy co do późniejszego zgłoszenia się tego mężczyzny”.

Ostatniego maila wysłałem z prośbą o potwierdzenie lub zanegowanie rekonstrukcji zdarzeń, którą zrobiłem  w oparciu o naszą korespondencję. Wyglądała ona tak: „Do kurii w 2013 roku zgłosił się mężczyzna oskarżający ks. S. o molestowanie. Ksiądz spotkał się z nim na polecenie biskupa diecezjalnego. Mężczyzna nie złożył formalnego zawiadomienia i miał to zrobić na kolejnym spotkaniu. Do końca księdza urzędowania w kurii, tj. do 23 listopada 2013 r. nie zgłosił się, a wcześniej nie zostawił żadnych danych kontaktowych. Na temat tego czy coś dalej działo się w sprawie ksiądz wiedzy nie posiada. Mężczyzna nie kontaktował się z księdzem. W 2019 r. zrobił ksiądz notatkę o jego wizycie na prośbę obecnego kanclerza”.

Ksiądz odpisał: „Wydaje się, że to wszystko, co mi wiadomo na ten temat”.

Biskup: pedofilia jest złem

Dzwonię do biskupa Henryka Tomasika zapytać czy pamięta spotkanie z Michałem 4 listopada 2013 roku. – Pan chce napisać prawdę czy zaatakować kolejnego biskupa? – pyta na wstępie.

- Zależy mi na dojściu do prawdy – odpowiadam.

- Pamiętam rozmowę z tamtym panem. Zaraz po niej poprosiłem do pokoju kanclerza i wyszedłem – opowiada. I dodaje, że wersja podawana przez prasę w 2019 roku jest niespójna. „Gazeta Wyborcza” w tekście informującym o tej sprawie pisała, że biskup po rozmowie z Michałem, wyszedł z pokoju, zadzwonił po kanclerza, który był wtedy w Lublinie i skontaktował się z księdzem S., który wszystkiemu miał zaprzeczyć. – Wszystko w jednym momencie? Przecież to nie logiczne – mówi i oznajmia: - Pedofilia jest rzeczą złą i trzeba z nią walczyć, to jest moja oficjalna odpowiedź na pytania.

- Ręce opadają – mówi Michał. – Z kanclerzem nie było rozmowy zaraz po spotkaniu z biskupem. Jakiś ksiądz wziął tylko mojego maila i powiedział, że się skontaktują. I ten kontakt nastąpił – mówi i pokazuje wiadomość, którą wysłano z oficjalnego adresu kurii 6 listopada 2013 roku o godzinie 13.48: „Prosimy o skontaktowanie się w dniu dzisiejszym w godz. 16.00-17.00 lub po 21.00 na numer telefonu (…)”. Wiadomość bez podpisu, ale sprawdzam, że podany numer należał i wciąż należy do jednego z najbliższych współpracowników biskupa.

– Zadzwoniłem pod ten numer i zostałem umówiony na spotkanie kolejnego dnia. Miało ono dokładnie taki przebieg jak opowiedziałem – mówi Michał.

- Ma ksiądz biskup świadomość, że ewentualne zaniedbania podwładnych obciążają księdza biskupa? – pytam ordynariusza radomskiego próbując opowiedzieć o wszystkich niespójnościach tej sprawy.

- Pan zapewne nagrywa, więc powtórzę jeszcze raz: pedofilia jest złem, z którym trzeba walczyć – odpowiada i dodaje, że sprawą zajmuje się prokuratura, jest też postępowanie kanoniczne i Stolica Apostolska jest poinformowana.

Donieść na hierarchę

- Trudno to skomentować. Z samego tylko porównania wymiany korespondencji Michała z ks. Fundowiczem widać, że ktoś tu delikatnie rzecz ujmując mija się z prawdą. Do tego jeszcze te wykręty w odpowiedzi na pytania redakcji – ksiądz, prawnik-kanonista doskonale obeznany w sprawach dotyczących molestowania nieletnich, z którym konsultuję temat, nie może uwierzyć. – To, że nic z tą sprawą nie zrobiono jest ewidentne. Kontakt do człowieka był. Przecież sama kuria do niego pisała w 2013 roku. Załóżmy na chwilę, że nie odpowiedział. Ale sam później skontaktował się z księdzem, który miał go przesłuchiwać w 2014 i 2016 roku. Było zatem kilka okazji do tego, by temat podjąć i wyjaśnić. To sprawa pierwsza. Druga to kwestia wiedzy bądź niewiedzy biskupa. Niewykluczone, że jego współpracownicy wprowadzili go w błąd, że kontaktu z człowiekiem nie ma, on uwierzył oskarżanemu księdzu, zamknął temat i nie wracał do niego do czasu aż zajęła się nim prokuratura, bo wtedy nie miał już wyjścia. To też zaniedbanie. Zwłaszcza, że dziś wiemy, że osób pokrzywdzonych może być więcej – stwierdza.

- Co teraz? – dopytuję.

- Wyjaśnić te zaniedbania i wskazać winnego może tylko postępowanie w oparciu o dokument papieża Franciszka „Vos estis lux mundi”, który pozwala na wyciągnięcie konsekwencji wobec biskupa, który zaniedbał obowiązki – tłumaczy. – Jeśli nawet jego winy nikt się nie dopatrzy, to parę głów poleci. Trzeba tylko zgłosić tą sprawę do odpowiedniego metropolity, nuncjusza lub bezpośrednio do Watykanu. Innego wyjścia w sytuacji, gdy mamy do czynienia z takim kluczeniem nie ma – stwierdza.

Michał dla udowodnienia tego, że jego wersja jest prawdziwa deklaruje, że jeśli Kościół poważnie podejdzie do wyjaśnienia sprawy, przedstawi osobom, które będą ją badały także inne dowody.

Śledztwo trwa

Tymczasem wiele wskazuje na to, że sprawa Michała nie była jedyną, którą w odniesieniu do ks. S. zlekceważono. Już w 1999 roku – biskupem radomskim był wtedy nieżyjący już dziś Edward Materski - media donosiły o tym, że molestował seksualnie podopiecznych Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Opactwie. Mieści się tam szkoła specjalna, a w ośrodku przebywają dzieci niepełnosprawne umysłowo. Tygodnik „Nie” w styczniu 1999 roku pisał, że kapelan ośrodka ks. Stanisław S. (był wtedy wikariuszem parafii w Oleksowie, gdzie w 1990 został przeniesiony z Pionek - red.) zorganizował chłopięcą drużynę harcerską. Chłopcy po zbiórkach oraz wyjazdach na obozy z nim mieli opowiadać wychowawcom, że ksiądz na biwakach przytula się do nich. Jeden z chłopców, który nazywał duchownego „tatą” na pytanie o to dlaczego zaczepia pracowników ośrodka i mówi do nich „weź mnie na jaja” odpowiadał, że tak robi „tata”.

Tygodnik donosił też, że jedna byłych wychowawczyń napisała w tej sprawie do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Miała opisać „jak wyglądają zabawy duchownego z małymi chłopcami: sadzał ich sobie okrakiem na kolanach, całował w usta, wsadzał język do ucha”. Dziennikarka pisała, że sprawa jest wyjaśniania przez kuratorium w Radomiu. „Kurator Bogusław Tundziowski powiedział, że jest trudna, a w grę wchodzą również potyczki personalne. Co się tyczy ks. S. i jego stosunków z dziećmi, to rozmowy z pracownikami ośrodka niczego nie potwierdziły, a na podstawie samych anonimów kuratorium nie może podjąć żadnych działań w tym kierunku. Tym bardziej, że - jak stwierdził pan kurator - nie jest to instytucja powołana do rozwiązywania takich problemów”.

Sprawa nie została jednak wyjaśniona być może dlatego, że ukazała się w takim a nie innym medium. W każdym razie ksiądz krótko po ukazaniu się tej publikacji został proboszczem jednej z radomskich parafii.

Teraz ten wątek podejmuje w swoim śledztwie prokuratura w Zwoleniu, która swoje postępowanie przedłużyła do końca lipca. Jak informuje mnie prok. Beata Galas, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Radomiu, która nadzoruje sprawę, śledczy zwrócili się do Kuratorium Oświaty i Wychowania w Radomiu o potwierdzenie informacji dotyczących postępowania, które miało być prowadzone w związku z zachowaniem ks Stanisława S. wobec podopiecznych Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Opactwie. Zwróci się także do kurii o udostępnienie materiałów z postępowania kanonicznego. Prokurator będzie także szukała świadków „spośród osób, które w latach 2000-2016 w Radomiu i Suchedniowie organizowały i uczestniczyły w parafialnych grupach harcerskich, zuchowych, z którymi współpracował ks Stanisław S”. Do tej pory zgłosiło się dziewięć osób pokrzywdzonych, które złożyły obciążające duchownego zeznania.

Jak nieoficjalnie ustaliła „Rz” ksiądz wszystkiemu zaprzecza, a w tych dniach pełnomocnik jednego z poszkodowanych, złożył wniosek o wszczęcie przeciw niemu postępowania w sprawie składania fałszywych zeznań. 

Po zakończeniu postępowania w prokuraturze sprawie ks. S. przyjrzy się Watykan. Do ewentualnego ukarania księdza wystarczą mu akta śledczych. Wprawdzie z punktu widzenia prawa kanonicznego czyny, których dopuścił się wobec Michała w ub. roku uległy przedawnieniu, ale Kongregacja Nauki Wiary może zatrzymać jego bieg – zwłaszcza, że osób poszkodowanych jest więcej. Duchownemu grozi nawet wydalenie ze stanu kapłańskiego.

Imię bohatera na jego prośbę zostało zmienione. Ze względu na charakter wykonywanej pracy oraz z obawy przed szykanami jego i rodziny chce zachować anonimowość.

Autor jest w posiadaniu całej przytaczanej w tekście korespondencji między Michałem, kurią oraz jej byłym kanclerzem.

Nazwiska ks. S. mimo, że w ubiegłym roku media je podawały, nie ujawniam. Korzysta on z prawa domniemania niewinności.

Rozmowy z bp. Henrykiem Tomasikiem, wbrew temu co sądził, nie rejestrowałem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA