Tak, tak, mamy jeden z najlepszych okresów w historii polskiej gospodarki. Znaczący wzrost poziomu życia, G 20, wyprzedzanie kolejnych, rozwiniętych państw w poziomie PKB na głowę mieszkańca – to wszystko się dzieje. Być może rzeczywiście już mamy złoty wiek. Tegoroczna Lista 500 również jest wyrazem tego, co w gospodarce najlepsze: stabilnego wzrostu. Zmiany w zestawieniu mają bardzo naturalny charakter, nie są efektem dramatycznych potknięć firm, regresu całych branż czy w drugą stronę – jakiegoś totalnego przyspieszenia któregoś z sektorów.
A jednak wolałbym, żeby dzisiejsze sukcesy naszej gospodarki stanowiły zaledwie preludium do złotych stuleci. Co więcej, ze środowisk samego biznesu słyszę przestrogi przed „zachłyśnięciem się dobrobytem”. Dobrobytem zresztą wspomaganym przez unijne miliardy, a ten strumień zacznie się kurczyć i w długoletniej perspektywie – ale jednak – staniemy się płatnikiem netto do unijnej kasy. Dzisiejszy poziom rozwoju został przede wszystkim po prostu wywalczony przez ciężko pracujących ludzi, przedsiębiorców i, oddajmy sprawiedliwość, część polityków. Jednak nie został dany na zawsze. W dodatku mimo że jesteśmy krajem sukcesu, jego skala mogłaby być większa. A my wszyscy moglibyśmy czerpać korzyści z jeszcze bardziej prężnie rozwijającej się gospodarki.
Wejdźmy zatem do świata idealnego. Jak wyglądałby rozwój Polski i jak wyglądałaby Lista 500, gdyby biznesu nie dusiły ceny energii, a przez lata zaniedbywaną transformację energetyczną mielibyśmy za sobą? Gdyby poprzez odpowiedzialną politykę migracyjną rozwiązać dramatyczny w niektórych sektorach problem braku rąk do pracy? Gdybyśmy mieli sprawne sądownictwo gospodarcze, a jego niedostatki są przecież jedną z blokad rozwoju? Gdyby – tutaj już sięgamy szczytów ideału – prawo w Polsce było bardziej przyjazne dla aktywności gospodarczej?
Polska wykorzystała szereg szans, jednak pewnie można by znaleźć drugie tyle, gdzie można odczuć niedosyt. Oczywiście nie wszystko od nas zależało i zależy – tutaj kłania się pandemia, a dziś przede wszystkim nieobliczalna geopolityka: od wojny w Ukrainie po konflikt w Zatoce Perskiej. Jest jednak coś, co w tym całym geopolitycznym rozgardiaszu od nas zależy, co paradoksalnie stanowi kolejną rozwojową szansę. Wykorzystanie bezprecedensowego wysiłku w zakresie obronności i bezpieczeństwa. Te miliardy kierowane do sektora obronnego powinny go wzmocnić, ale też wzmocnić całą polską gospodarkę. Stać się bodźcem do rozwoju firm, technologii czy innowacji. W innym przypadku za lat parę w kontekście Listy 500 będziemy pisać o kolejnej zmarnowanej szansie.
Problem jest zresztą szerszy. W jaki sposób ma się dalej rozwijać polski dobrobyt? Co ma być paliwem dla gospodarki? Przecież proste rezerwy w postaci niskich cen energii czy atrakcyjnych kosztów pracy już się skończyły lub właśnie się wyczerpują. Co je zastąpi? Czy ciągle trzeba będzie liczyć na aktywną postawę polskiego konsumenta? A może rzeczywiście w końcu ruszą inwestycje? Takie pytania można mnożyć.
W znalezieniu odpowiedzi może pomóc wnikliwa analiza Listy 500. To przecież unikalna panorama polskiego biznesu i całej gospodarki. Z brutalną szczerością wskazuje na sektory, w których jesteśmy naprawdę mocni, pokazuje te, gdzie istnieje szansa na rozwój, oraz takie, gdzie ów rozwój najprawdopodobniej pozostanie w sferze nieziszczalnych marzeń.
Warto wyciągać wnioski z Listy 500, także po to, aby złoty wiek trwał jak najdłużej.
Marcin Piasecki redaktor zarządzający „Rzeczpospolitej”