Sąd Rejonowy w Piotrkowie Trybunalskim przesłuchał 44-letniego Sebastiana B., który pracował w palarni kawy należącej do Sebastiana M., gdzie odpowiadał za eksport, a po wypadku przejął większą odpowiedzialność w firmie. Jak opowiadał, kilkakrotnie wyjeżdżał służbowo w towarzystwie szefa, także już po wypadku na A1, w którym zginęła trzyosobowa rodzina. Był nawet zdziwiony, że Sebastian M. nie dostał zakazu opuszczania kraju po wypadku. M. twierdził jednak, że może wyjeżdżać za granicę, gdyż nie jest sprawcą i nie przedstawiono mu żadnych zarzutów.
Czytaj więcej
Trwa proces Sebastiana M. oskarżonego o spowodowanie wypadku na autostradzie A1, w którym zginęli rodzice z dzieckiem. W czwartek mężczyzna złożył...
Pracownik Sebastiana M. zeznał, że jechał z nim 304 km/h
Sebastian B. opisywał jak wyglądała jazda z szefem, najczęściej jego BMW, które później brało udział w wypadku na A1. Według relacji „Faktu”, twierdził, że to auto zostało przerobione do szybkiej jazdy. - Szef opowiadał o tuningu samochodu, że auto ma mocniejszy silnik. Mógł dzięki temu rozwijać większą prędkość. Tarcze hamulcowe są duże, dziurawe, żeby powietrze mogło swobodnie przechodzić, żeby nie grzały się hamulce – mówił Sebastian B.
Stwierdził też, że obaj jeździli szybko, ale dla niego szybko to 200 km/h, a z Sebastianem M. czasami jechał 230-250 km/h. Zapamiętał cztery przypadki tak szybkiej jazdy: dwa razy na Litwie, na Łotwie i raz w Polsce. - Jechałem z nim kiedyś z prędkością 304 km/h. Wracaliśmy wtedy z Litwy do Łodzi. To było na trasie między Białymstokiem a Warszawą, około południa, nie było dużego ruchu. Pamiętam, jak drzewa szybko się przemieszczały. To był mój rekord prędkości. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Pytałem nawet szefa, czy wie, że mam dwójkę dzieci – zeznał B. Dodał jednak, że ufał szefowi i uważał go za dobrego kierowcę. - Sebastian M. jeździł pewnie, ale szybko i agresywnie - mówił B.
Czytaj więcej
Sebastian M. oskarżony o spowodowanie wypadku na autostradzie A1, w którym zginęli rodzice z dzieckiem, zakwestionował rzetelność opinii biegłych z...
Po wypadku na A1 Sebastian M. mówił, że musi lecieć do Dubaju w celach biznesowych
Wiadomość o wypadku, który spowodował jego były szef we wrześniu 2023 r., miał uzyskać od Sebastiana M. - Mieliśmy razem jechać w sprawach biznesowych na Węgry. Zadzwonił do mnie i powiedział, że miał wypadek i że pojedziemy moim służbowym samochodem. Pojechałem pod firmę, ale Sebastian przyjechał innym autem. To było Audi i tym samochodem pojechaliśmy. Prowadził Sebastian, ja go zamieniłem na Węgrzech. Rozmawialiśmy wtedy o tym wypadku. Powiedział, że Kia wjechała na jego pas, że dzięki konstrukcji swojego BMW przeżył – opowiadał były pracownik. - W trakcie tej podróży nie przekraczał już prędkości. To była inna podróż w porównaniu do tych wcześniejszych – powiedział.
25 września szef z małżonką i pracownik palarni pojechali na targi do Monachium w Niemczech. Stamtąd Sebastian B. wrócił do Polski samolotem, a Sebastian M. wyjechał do Turcji, a następnie do Dubaju, jak mówił - w celach biznesowych.
- Firma nie miała tam żadnych kontrahentów. Według mojej opinii wizyta biznesowa w tych krajach była bezzasadna – mówił w sądzie Sebastian B., który po wypadku przepracował w firmie M. jeszcze pół roku, potem został zwolniony.
Kolejny termin procesu wyznaczono na 29 lipca. Sebastianowi M. grozi kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8 lat.