Dlaczego wybory prezydenckie odbędą się 28 czerwca, mimo że ten termin jest sprzeczny z konstytucją?

Gdy nie przeprowadzono wyborów w maju, władza postanowiła skłonić głowę przed faktami dokonanymi i zastanowić się nad terminami umożliwiającymi wybory przed końcem kadencji prezydenta (6 sierpnia).

Zaczęto rozważać terminy czerwcowe i lipcowe, by uniknąć sytuacji, że nie będzie urzędującej głowy państwa, co by mogło wywołać reperkusje polityczne, społeczne, ekonomiczne, ws. bezpieczeństwa kraju – długo by wymieniać.

Czytaj także: Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej a roszczenia wobec Skarbu Państwa oraz przedłużenie kadencji Prezydenta RP

Tyle że ostatnim zgodnym z Konstytucją RP terminem wyborów był 23 maja (gdyby był ogłoszony dniem wolnym od pracy).

Jasne. Ale powstał bardzo poważny problem o charakterze teoretycznym, a i prakseologicznym. Sytuacja jest szczególna: pandemia, ograniczenia w kontaktach z ludźmi. Jeśli się nie czyta przepisów z ducha, tylko z litery – wątpliwości są. Litera przepisu może nas wprowadzać w błąd. A ja od lat głoszę, że prawo jest jednością normatywno-aksjologiczną – i że z wartości można wnioskować o koniecznych regułach, które nie muszą być wprost zapisane w przepisach. Teraz mieliśmy taką sytuację. Wymagała spokojnego rozważenia i uwzględnienia, że nie żyjemy w perspektywie konstytucyjnej, tylko wspólnotowej, ludzkiej – i chcemy, by wspólnocie obywateli naszego kraju było jak najlepiej, niezależnie od tego, kto rządzi.

Ale zawsze jest szkielet prawny, który powinien być nienaruszalny.

Jeśli więc konstytucja precyzyjnie stanowi (art. 128), że wybory prezydenta mają się odbyć nie wcześniej niż na 100 i nie później niż na 75 dni przed końcem kadencji, to trzeba się zmieścić w tych widełkach albo wybrać legalny sposób przesunięcia wyborów.

Przypomnę, że już w 1997 r. grupa profesorów z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego napisała list otwarty ws. kardynalnych błędów w konstytucji. Też się pod nim podpisałem. To, że stosujemy wprost, bezpośrednio, bez uwzględnienia aspektu aksjologicznego jakiś przepis konstytucji, może nas zaprowadzić do krainy błędu, poza granice poprawności. Potwierdza to moje doświadczenie z orzekania w Trybunale Konstytucyjnym, gdy sędziowie miewali kompletnie rozbieżne zdania. Sam napisałem 24 zdania odrębne, choć nim objąłem funkcję w TK, zakładałem, że nigdy żadnego nie napiszę.

Może konstytucja ma błędy, ale póki obowiązuje, trzeba ją stosować, inaczej nie trafimy poza granice poprawności, lecz do krainy bezprawia.

Zawsze jednak uwzględniajmy aspekt aksjologiczny – stąd moja teoria o jedności normatywno-aksjologicznej prawa. Inaczej pójdziemy drogą idealistów i fantastów (byli tacy w filozofii prawa) albo drogą ścisłego rozumienia przepisów, co niekiedy może prowadzić do złych skutków.

W praktyce znaczy to, że normy prawa stają się nieważne i grupa trzymająca władzę może je dowolnie naginać.

Nie dowolnie. Wszelkie rozstrzygnięcia lub decyzje władzy podlegają przynajmniej intelektualnej kontroli prawniczej. Każda norma – czyli zbiór przepisów i to, co wprost z niego wynika – zawsze musi być przepuszczona przez pryzmat wartości, dla której została uchwalona i weszła w życie. Odczytanie normy ze zbioru przepisów nie może zaprzeczać tej wartości. Zresztą, praktycznie wszystkie regulacje prawne w cywilizacyjnej przestrzeni europejskiej zawierają w sobie element aksjologiczny.

W ten sposób zawsze można usprawiedliwić to, że z jakiegoś powodu nie stosuje się obowiązującego prawa.

Podam przykład. Gdy orzekałem w TK, rozważaliśmy zgodność z konstytucją art. 135 § 2 kodeksu karnego mówiącego o znieważeniu prezydenta RP. Po wielu latach TK uznał, że kodeks karny uregulował tę kwestię w zgodzie z ustawą zasadniczą. Gdyby jednak uznał, że konstytucyjna wolność słowa jest ważniejsza niż obrona czci prezydenta, też nie można by mieć pretensji do rozstrzygnięcia. Ważne, od czego się wychodzi i jakie przesłanki bierze pod uwagę. To wręcz akademicki przykład, że nie wolno stosować prawa bez zachowania jedności normatywno-aksjologicznej.

A gdy przepis został uznany za zgodny z konstytucją, to należy go rozumieć tak, jak został zapisany.

Tym bardziej nie można zaakceptować, że z jakiegoś powodu nie będziemy uwzględniać oczywistych i jednoznacznych terminów wyborów prezydenckich zapisanych w ustawie zasadniczej.

Nie. Podejście normatywno-aksjologiczne do przepisu konstytucji jest w tym wypadku konieczne, bo mamy sytuację, o której nikt nie mógł pomyśleć, gdy ją uchwalano 23 lata temu. Gdybyśmy chcieli teraz być

w zgodzie z konstytucją, należałoby wprowadzić stan nadzwyczajny (zapewne klęski żywiołowej) – a to spowodowałoby wiele bardzo poważnych konsekwencji. Mamy ustawę wprowadzającą zmiany związane z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem Covid-19, nie trzeba więc ogłaszać konstytucyjnego stanu nadzwyczajnego.

Przecież w obowiązującej ustawie o stanach nadzwyczajnych – wprost zapisano, że stan klęski żywiołowej ogłasza się m.in. na wypadek epidemii. Należało więc taki stan wprowadzić – i nie łamać konstytucji.

Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej mogłoby spowodować bardzo wiele niewłaściwych, patologicznych zachowań władzy. Po co do tego dopuszczać, skoro mamy już obowiązującą, zwyczajną ustawę na wypadek epidemii?

Może właśnie po to, żeby przestrzegać konstytucji. Ustawa o stanach nadzwyczajnych nie musiałaby wcale wprowadzać większych ograniczeń niż ustawa o Covid-19.A patologiczne zachowania władzy są możliwe zarówno w obecnym stanie prawnym, jak i w legalnym stanie klęski żywiołowej.

Obecne, łagodzone już zresztą ograniczenia są łatwe do przeżycia – zwłaszcza że społeczeństwo jak dotąd świetnie się sprawdza. Zagrożenia dla demokracji wynikające z wprowadzenia ustawy o klęsce żywiołowej byłyby moim zdaniem większe i stanowiły nadużycie.