Opublikowany w „Rzeczpospolitej” z 19 marca 2026 r. artykuł: „Czy sędziowie mogą pracować lepiej i szybciej? Adwokaci: tak” przedstawia szereg diagnoz i recept, obok których trudno przejść obojętnie. Stąd też zdecydowałem się na przedstawienie kilku uwag o charakterze polemicznym.

Zanim odniosę się do meritum przedstawionych w tym tekście propozycji, umieszczę w tym miejscu disclaimer: owszem, są sędziowie, którzy rzeczywiście mogą i powinni pracować lepiej. Wszędzie tam, gdzie pojawia się czynnik ludzki (a na ten moment AI jeszcze sędziów nie zastąpiła), są też błędy i właśnie czysto ludzkie ułomności. Rzecz w tym, czy z punktu widzenia systemowego to „sędziowie mogliby lepiej zorganizować swoją pracę”, czy też bardziej właściwym jest w tym przypadku konstrukcja z użyciem strony biernej: „praca sędziów mogłaby być lepiej zorganizowana”. Nie chodzi oczywiście o to, żeby zwalniać sędziów od odpowiedzialności za realizację prawa do sądu, tylko o to, żeby w sposób wyraźny określić, za co sędzia odpowiada, a za co już nie i co jest winą sądu jako instytucji i państwa polskiego.

Czytaj więcej

Czy sędziowie mogą pracować lepiej i szybciej? Adwokaci: tak

Otóż sędzia odpowiada tylko (i aż) za merytoryczną treść swoich zarządzeń i orzeczeń, w tym nadawanie kierunku postępowaniu dowodowemu w prowadzonych przez siebie sprawach oraz za kulturę urzędowania. Nie odpowiada za to, jak duży ma wpływ nowych spraw, ilu sędziów przechodzi w stan spoczynku, ilu awansuje do wyższej instancji, ilu udaje się na długotrwałe zwolnienia lekarskie czy też urlopy w związku z realizacją uprawnień związanych z rodzicielstwem. „Zawsze ktoś przed kimś musi odpowiadać”, jak mówił Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie”. Pracownicy administracyjni, zatrudniani w sądach, bynajmniej nie odpowiadają przed sędziami (nie są oni ich przełożonymi służbowymi), sędziowie nie mają wpływu na to, kto jest w sądach zatrudniany, czy pracownicy wykonują decyzje sędziów w sposób prawidłowy i terminowy. Sędzia nie odpowiada także za Pocztę Polską, za biegłych i za informatyków sądowych.

Praca na akord nie rozwiąże problemów

Nie znam osoby funkcjonującej w sądownictwie, która byłaby zadowolona z obecnego stanu rzeczy. Nie wiem, czy są sędziowie, którym „nie zależy na jak najszybszym załatwieniu sprawy”, jak wskazano w komentowanym tekście. Oczywiście nie siedzę w głowie każdego orzecznika, jednak z moich obserwacji i rozmów wynika, że w zasadzie każdy z nas chciałby pracować w lepszych warunkach, co też rzecz jasna przekładałoby się na sprawność prowadzonych postępowań. Absolutnie nie czerpiemy żadnej satysfakcji z tego, że sprawy w sądach ciągną się latami.

Czytaj więcej:

Sądy i Prokuratura O bolączkach pracy sędziego

Pro

Czy przedstawione pomysły mogą rzeczywiście przełożyć się na lepszą organizację pracy sędziów? Mam co do tego zasadnicze wątpliwości. Czemu np. miałoby służyć premiowanie pracowników za liczbę wykonanych zarządzeń? Nie chodzi wszak o to, żeby sekretariaty sądowe pracowały na akord; problemem nie jest to, że pracownicy sekretariatów wykonują obecnie mniej zarządzeń niż by mogli. Generalnie robią tyle, ile są w stanie w osiem godzin. Problemem jest jakość ich wykonania, a ta wynika z kumulacji dwóch czynników: przeciążenia pracowników sądów i niestety swoistej selekcji negatywnej do tego trudnego, niewdzięcznego i średnio opłacanego zawodu.

Papier przyjmie wszystko

Idąc dalej – koncepcja wprowadzenia odpowiedzialności sędziów za brak poinformowania stron o odwołaniu rozprawy również powoduje u mnie uniesienie brwi z zaskoczenia. To nie sędzia osobiście jest odpowiedzialny za to, czy jego zarządzenie o poinformowaniu stron o tym, że rozprawa się nie odbędzie, zostanie wykonane, o ile okoliczność, która powoduje odwołanie posiedzenia w ogóle ujawni się odpowiednio wcześnie. Tak samo w przypadku zamysłu wprowadzenia odpowiedzialności finansowej sędziów za przekroczenie terminu na zwołanie pierwszego posiedzenia w sprawie – jak należy mniemać chodzi o przekroczenie terminu na odbycie posiedzenia przygotowawczego z art. 2054 § 2 k.p.c. Zostawiając na boku sensowność posiedzenia przygotowawczego i jego adekwatności w wielu sprawach (sceptycznie podchodzę do obowiązku wyznaczania go w każdej sprawie, zwłaszcza zdalnie), to wprowadzenie tego pomysłu w życie skończyłoby się w ten sposób, że wielu sędziów przestałoby otrzymywać wynagrodzenie, a być może musiałoby wręcz (pardon) dopłacać do tego interesu – rzecz jasna nie z własnej winy.

Czytaj więcej:

Sądy i Prokuratura Marta Kożuchowska-Warywoda: Procesy trwają dłużej

Pro

Papier wszystko przyjmie: ustawodawca może zadekretować, iż termin na rozpoznanie wniosku o nadanie klauzuli wykonalności wynosi trzy dni, czy też to, że sprawy z zakresu tzw. „eksmisji przemocowych” winny się skończyć w miesiąc. Skuteczne (efektywne) prawo to jednak takie, które nie abstrahuje od kontekstu, w którym funkcjonuje. Impossibilium nulla obligatio est; nie można sędziów wysyłać na szafot za to, że nie są w stanie wyznaczyć pierwszego terminu posiedzenia w określonym terminie, jeśli nie ma takiej fizycznej możliwości z uwagi na bieżące obciążenie sędziego rzędu kilkuset sprawami „na biegu”.

40-godzinny tydzień pracy? Proszę bardzo!

Postulat wprowadzenia 40-godzinnego tygodnia pracy dla sędziów opiera się na niewypowiedzianym wprost założeniu, że sędziowie pracują mniej, co skutkuje przewlekłością postępowań. Jak słusznie wskazał Jarosław Gwizdak w komentowanym tekście, taka regulacja mogłaby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego z dość prostej przyczyny: otóż w wielu miejscach sędziowie pracują więcej niż 40 godzin w tygodniu, nierzadko poświęcając na pracę weekendy i urlopy. Nieporozumienie wynika z niskiej świadomości tego, jaki jest zakres obowiązków orzeczników w Polsce: to nie tylko wymierzanie sprawiedliwości, ale to również np. szukanie biegłych, kontrola ich dokumentów księgowych i ewentualne korekty w tym zakresie, analiza kręgu uczestników postępowania w wielopodmiotowych postępowaniach (czy np. nie umarła choćby jedna z kilkudziesięciu-kilkuset osób). Standardowe dwie wokandy w tygodniu to cztery dni wyjęte z życiorysu (bo dwa dni trzeba poświęcić na przygotowania – konstatacja ta wzbudziła swego czasu dość duże zdziwienie u śledzących mnie w internecie pełnomocników). Zostaje jeden dzień na tzw. pracę na referacie, czyli przygotowywanie spraw do wyznaczenia terminu rozprawy oraz pisanie uzasadnień. Paradoksalnie więc uważam, że ten postulat środowisko sędziowskie powinno poprzeć – ze wszystkimi konsekwencjami w postaci nadgodzin.

Czytaj więcej

Miało być szybciej, a jest wolniej. Ile czekało się na wyrok sądu w 2025 r.

Sądowe science-fiction

Zasadniczym problemem wszelkich dyskusji o problemach wymiaru sprawiedliwości jest to, że poruszamy się w dużej mierze po omacku, opierając się na tzw. anecdata, odnoszących się na ogół do tych najbardziej negatywnych doświadczeń z polskimi sądami. Wynika to z tego, że dostęp do wymiernych statystyk jest utrudniony. Ministerstwo Sprawiedliwości wprawdzie agreguje ogromne ilości danych, nie przekłada się to jednak na rzeczywistość orzeczniczą. Zwrócę choćby uwagę, że za przetworzenie i upublicznienie danych statystycznych dotyczących bieżącego obciążenia sędziów w całej Polsce odpowiedzialna była osoba prywatna (strona Monitor SLPS – slps.pl). Można zadać kilka retorycznych – zdawałoby się – pytań: co stoi na przeszkodzie realnemu monitorowaniu obciążenia sędziów i przydzielaniu nowych etatów sędziowskich na podstawie tak prowadzonych badań? Dlaczego właśnie nie „opomiarować” poszczególnych kategorii spraw (wagi i kategorie przecież już istnieją na potrzeby SLPS) tak, aby ocenić, ile średnio zajmuje rozstrzygnięcie sędziemu klasycznej sprawy o zapłatę czy zasiedzenie i badać przyczyny odchyleń od normy w poszczególnych przypadkach? Stanisław Lem w swoich powieściach z lat 50.–60. ubiegłego wieku „wymyślał” aplikacje mobilne do korzystania z komunikacji publicznej i czytniki e-booków, tymczasem w polskich sądach A.D. 2026 w pełni zdalna komunikacja z pełnomocnikami i w pełni cyfrowe akta, to wciąż bardziej właśnie science-fiction. Dlatego zamiast karać sędziów lepiej jednak zacząć od wyposażenia ich w narzędzia pracy przystające do rzeczywistości drugiej połowy trzeciej dekady XXI wieku.

Kończąc – 19 marca 2026 r., kiedy ukazał się artykuł w „Rzeczpospolitej”, był ważnym dniem również dla mnie. Otóż tego dnia po raz pierwszy od urlopu świąteczno-noworocznego nadrobiłem całkowicie zaległości, czy też mówiąc po sądowemu – odrobiłem się z tzw. minusów. Trwało to więc ponad 2,5 miesiąca. Stąd w ramach swoich postulatów zgłaszam „dni otwarte” w sądach dla stron i pełnomocników – tak, aby każdy mógł zobaczyć, jak wygląda praca polskiego sędziego w aktualnych warunkach ustrojowo-organizacyjnych.

Autor jest asesorem sądowym w Sądzie Rejonowym dla Krakowa-Podgórza w Krakowie, doktorem nauk społecznych z zakresu prawa administracyjnego