„Referendum" to jedno z najpopularniejszych haseł ostatnich wyborów. Było głównym elementem kampanii prezydenckiej Pawła Kukiza, a potem zostało wykorzystane przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, który referendum ogłosił. Po fakcie okazało się, że nie był to najlepszy pomysł, bo frekwencja nie dopisała, a przyczynę tego zrzucono na niefortunnie postawione pytania. Ale czy była to tylko wina pytań?

Ustawa o referendum lokalnym z 2000 r. daje możliwość wypowiedzenia się mieszkańcom na temat spraw ich wspólnoty samorządowej. Mogą oni decydować nie tylko o odwołaniu wójta (burmistrza, prezydenta miasta) oraz rady gminy. Mają także prawo wypowiedzieć się w sprawach społecznych czy gospodarczych dotyczących ich wspólnoty. Ale w praktyce takie referenda organizowane są bardzo rzadko. Ze statystyk wynika, że zwołuje się je przede wszystkim po to by odwołać lokalne władze. W latach 2010–2014 z tego powodu odbyło się ich 111 (a tylko 22 referenda w innych sprawach).

Czy to oznacza, że mieszkańcy nie interesują się tym, co dzieje się w ich samorządach po wyborach? A może nie wiedzą, że mają takie uprawnienia? Albo przyczyna tego jest jeszcze inna. Zorganizowanie referendum wymaga pewnego wysiłku. Inicjatywę w tym zakresie ma organ stanowiący gminy albo co najmniej 10 proc. uprawnionych do głosowania. Takie głosy trzeba jednak wcześniej zebrać.

I jeśli już grono zapaleńców takie głosy zbierze i do referendum dojdzie, kolejnym problemem jest frekwencja. Bo referendum co do zasady jest ważne, jeśli weźmie w nim udział 30 proc. uprawnionych do głosowania.

Puste urny świadczą o tym, że wolimy, by inni decydowali za nas.

Więcej na ten temat w dzisiejszym dodatku „Administracja". Zapraszam Państwa do lektury.