Tak naprawdę strony tej wojenki nie dostrzegają, że faktyczna stawka, o jaką się ona toczy, jest dużo większa. Nie chodzi bowiem ani o zmianę doraźnego poparcia, ani o deszcz euro. Prawdziwym jej przedmiotem jest obrona polskiej państwowości.

Unia Europejska powstała wskutek suwerennych decyzji równych państw. Założenia były proste – w uzgodnionych obszarach tworzymy władzę ponadpaństwową, zinstytucjonalizowaną w organach UE. W pozostałych działa suwerennie państwo członkowskie. Opisano to w traktatach poprzez konstrukcję podziału kompetencji na wyłączne (wykonywane odrębnie przez państwa i UE, każde w przypisanych mu obszarach) oraz dzielone (wykonywane wspólnie co do określonej materii, z tym że państwo działa, kiedy nie działa UE).

Z czasem zaczął jednak narastać problem. Władzę integracyjną zaczęto nie tylko rozszerzać na coraz to nowe obszary życia społecznego kosztem władzy państwowej, ale też wpychać w ramy procesu demokracji i upodabniać do władztwa państwowego. W efekcie założenia podziału kompetencji nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością, a sam przebieg procesu integracji zaczął wypaczać demokrację. I nie chodzi tu wyłącznie o ewolucję kształtu władztwa unijnego, ale o stanowiące konsekwencję tych zmian, próby jego ingerencji w suwerenne władztwo państwowe i konstrukcję państwowości. Co więcej, podejmowane właśnie przy wykorzystaniu i z perspektywy procesu demokracji.

Czytaj więcej

Rachunek za politykę PiS. Polska nie dostanie na razie żadnych pieniędzy z UE

Z założenia współczesna demokracja (tzw. demokracja liberalna) stanowi syntezę obowiązywania prawa, praw indywidualnych jednostki oraz suwerenności narodu. Pierwsze dwa elementy stanowią czynnik liberalny, trzeci demokratyczny. Kierunek rozwoju procesu integracji, głównie zaś jego zacieśnianie, zaczął zaburzać względną równowagę między tym elementami i ewoluować w kierunku przewagi czynnika liberalnego nad demokratycznym.

Państwo demokratyczne zaczęto rozumieć zaledwie jako państwo prawa i ochronę praw człowieka (państwo praworządne), podczas gdy idea suwerenności narodu zaczęła być postrzegana jako przestarzała. Wskutek tego, władztwo integracyjne zaczęło kierować w stronę państwa żądania szeregu ustępstw w obszarze jego konstrukcji - ustroju państwowego - stanowiącego przecież kluczowy efekt prawa narodu do samostanowienia. Najpierw ograniczano je do tych elementów, które były połączone z obszarami zintegrowanymi (gospodarczymi). Z czasem zażądano także ustępstw w fundamentalnej sferze państwowego podziału władzy.

Czytaj więcej

Tomasz Pietryga: Czego Bruksela chce od PiS

Dokładnie pokazuje to obecny spór Polski i UE. Kluczowym elementem, o który się toczy, jest żądanie ustępstw w konstrukcji krajowego sądownictwa, czyli w obszarze jednego z segmentów władzy państwowej. Bruksela żąda, by z mocy orzeczeń TSUE dochodziło w Polsce do eliminowania i tworzenia organów państwa lub ich części konstrukcyjnych (Izba Dyscyplinarna SN), zmiany ich kompetencji (uprawnienia sędziów), podważania dotychczas niewzruszalnych prerogatyw prezydenta (kontrola powołania sędziego), czy dekonstrukcji rangi Trybunału Konstytucyjnego (nakaz pomijania orzeczeń TK jeśli są niezgodne z treścią prawa UE). Podejmowana jest też próba ingerencji w obszar drugiego segmentu władztwa poprzez dyktowanie Sejmowi jak powinien wyglądać proces stanowienia prawa w Polsce (sejmowa procedura). Jeśli dodamy do tego fakt, że działania trzeciej władzy (wykonawczej) są już przedmiotem kontroli władzy sądowniczej (która miałaby być konstruowana przez Brukselę) i to w coraz bardziej przedefiniowywanym i rozszerzanym zakresie (np. efekty polityki ochrony środowiska), to uprawniony będzie tu wniosek o działaniu mającym na celu ubezwłasnowolnienie państwowego władztwa.

Co kluczowe, część z tych narzucanych rozwiązań jest na dodatek niezgodna z polską Konstytucją. Ich wprowadzenie zburzyłoby konstytucyjnie ukształtowaną równowagą władzy w Polsce, zatwierdzoną przecież w referendum konstytucyjnym przez obywateli.

W Brukseli jednak nie przyjmuje się do wiadomości, że władza integracyjna nie może i nie powinna przebudowywać ustroju państwa, czy wyposażać organy krajowe w kompetencje nie tylko z pominięciem konstytucji, ale też takie, których konstytucja nie akceptuje. Jednak zamiast refleksji i wyhamowania autokratycznych zapędów, UE podejmuje próbę siłowego wymuszenia ustępstw poprzez pozbawienie Polski środków z unijnych funduszy. I jest to działanie podwójnie perfidne. Po pierwsze dlatego, że wcześniej zaplanowane, a instrumentarium dla niego przygotowano zresztą za zgodą polskiego rządu (o naiwniacy); po drugie z tego powodu, że środki finansowe z budżetu UE to de facto pieniądze państwowe. Także polskie. UE nie ma własnych środków, a jej budżet jest tworzony ze składek i opłat pobieranych na terytoriach państwowych oraz ostatnio przez wspólne zaciąganie pożyczek na rynku. Wszystko za zgodą państw. Blokując środki, UE nie daje nam naszych własnych pieniędzy.

Czytaj więcej

Wstrzymane fundusze UE dla Polski. Ile pieniędzy na inwestycje przepadło?

Ta próba głębokiej unijnej ingerencji może budzić obawy, bo część z ustrojowych konstrukcji, które UE próbuje zmienić, nie tylko stanowi fundament i istotę państwowości unijnych krajów, ale w integracyjnej rzeczywistości wprost personifikuje suwerenność. W Polsce takim przykładem jest art. 8 Konstytucji RP. Czytamy w nim, że Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej, a co więcej, że stosuje się ją bezpośrednio, chyba że sama stanowi inaczej. Jeśli TSUE rozpoczyna w tym obszarze walkę o podporządkowanie przepisów konstytucyjnych prawu unijnemu, w przypadku konfliktu – jurydycznie - oznacza to żądanie pierwszeństwa dla prawa UE, ale systemowo chodzi o ustąpienie suwerenności Polski przed władztwem integracyjnym. Hierarchiczna nadrzędność i pierwszeństwo stosowania Konstytucji RP jest bowiem pochodną i prawnym przejawem suwerenności państwowej. Oznacza istnienie Polski.

Tym bardziej, że w ujęciu politycznym, suwerenność państwa członkowskiego to dziś wcale nie absolutna niezależność na wzór tej przypisanej państwom jeszcze 100 lat temu. Przynajmniej na wewnętrznym forum unijnym. Przystępując do UE i wplątując się w skomplikowany system podejmowania unijnych decyzji, państwo członkowskie suwerenność w rozumieniu absolutnym utraciło. Wpadło w różne związki i zależności, a jego porządek prawny jest zbiorem różnych reżimów normatywnych posiadających nie zawsze państwowych twórców. A obowiązuje lub przynajmniej jest stosowany na państwowym forum. Przy państwie została suwerenność szczątkowa, ograniczona do społecznych materii o jakich decyduje (jeszcze) samodzielnie. Jedynym przejawem zachowanej państwowości jest równoważąca władztwo integracyjne formalna możliwość wystąpienia z UE. Podkreślam – formalna, bo jak trudne jest to faktycznie pokazuje nam sytuacja Wielkiej Brytanii.

Dlatego wewnątrzunijny spór z organami UE o zakres unijnych kompetencji i prawo do ostatecznego definiowanie granic ich przyznania, to właśnie walka o suwerenność kraju jako państwa członkowskiego. I dotyczy to nie tylko Polski. Nie jesteśmy w UE żadnym Czarnym Piotrusiem. Tak o suwerenność walczą także inne kraje. W sumie prawie od początku europejskiej integracji, to one – głównie rękoma swoich sądów lub trybunałów konstytucyjnych – pilnują granic przekazania. Nie pozwalają unijnym organom na tym polu na wypowiadanie ostatniego słowa. To konstytucja, a więc obywatele, powinni decydować, jak ma wyglądać ustrój państwa. To nie TSUE a państwo powinno ostatecznie wskazywać na co się zgodziło w traktatach. W końcu UE funkcjonuje tylko na zasadzie kompetencji przyznanych jej przez państwa członkowskie, w tym w oparciu o pakiet kompetencji państwowych – dawnych uprawnień państwa – przekazanych na poziom integracyjny. Nie może być tak, że wyposażając organ integracyjny w swoje dawne uprawnienia władcze, państwo traci kontrolę nad ich zakresem, a organ unijny sam je dalej rozwija i rozciąga. Tym bardziej, kiedy idąc ta drogą organ ten uzurpuje sobie władzę w takich obszarach, dla których – co widać jednoznacznie – potrzebowałby nowego traktatowego upoważnienia. W ten sposób państwo nie tylko utraciłoby swoją polityczną niezależność, ale nawet suwerenną państwowość.

Dlatego wbrew tym krzykom o konieczności ustępstw, nie można poddać się presji. Żądanie ustąpienia w sprawach ustrojowych, gdzie UE nie ma prawa działać, w zamian za środki finansowe, to zwykła przemoc i szantaż. Poddanie się mu nie będzie tylko jednostkową przegraną. To będzie oznaczać, że UE – jak komputer Skynet w filmie „Terminator” - zbudowała narzędzia do zdominowania swoich twórców, a więc faktyczny upadek państwowości. I jeśli opozycja myśli, że po wyborach - wygranych dzięki temu unijnemu szantażowi – wszystko wróci na dawne miejsce, to się grubo myli. Chyba, że chodzi jej o to, by być tylko administratorem Polski jako unijnych peryferiów. A to już inna historia.

Autor jest profesorem UKSW, wiceprezesem Trybunału Konstytucyjnego.