Wicepremier zaprezentował wiele udogodnień dla biznesu oraz usprawnienia dla sądownictwa, a np. e-sąd czy poprawiona upadłość konsumencka pokazują, że zmiany mogą być udane. Jego wypowiedź na temat biurokracji mnie jednak zmartwiła. Zapowiedział, że rząd nie zwiększy liczby urzędników, która za rządów Platformy wzrosła z 340 do 490 tys., a to, moim zdaniem, stanowczo za mało.
PiS zawsze zapowiadał silniejsze państwo, więc liczba np. wojskowych czy śledczych może wzrosnąć, dochodzą także nowe zadania, np. dystrybucja 500+. Ale wielu zadań ubywa, a co najważniejsze, wiele spraw można załatwić mailem czy telefonicznie, tymczasem urzędników przybywa, w szczególności w samorządach, które przecież nie są udzielnymi księstwami i podlegają nadzorowi rządu.
Wicepremier Morawiecki we własnych ministerstwach poznaje, że możliwe jest łączenie urzędów. Dlaczego nie łączyć innych urzędów, mniejszych gmin, powiatów czy sądów? Zamiast dwóch prezesów, głównych księgowych, rzeczników będzie po jednym.
Wicepremier wspomniał o absurdalnej karze za wycięcie drzewa niezgodnie z przepisami, a ja pytam, co uzasadnia ten opresywny nadzór władzy na prywatnych posesjach? Niech to reguluje plan zagospodarowania i ochrona pomników przyrody, bo co państwu do kilkunastoltenich samosiejek.
Wielu urzędników w poszukiwaniu sensu czy pozoru dla swej pracy mnoży problemy, zwykle do godz. 15, maksymalnie do 16, kiedy przyjmowanie interesantów się kończy. By coś załatwić w urzędzie, pracujący obywatel musi zatem albo spóźniać się do pracy, albo z niej urywać.