Dzień po odejściu prezesa Andrzeja Rzeplińskiego, wiceprezes Andrzej Biernat, powiedział publicznie, że jeśli się przyjrzeć orzecznictwu Trybunału Konstytucyjnego w ostatnich latach, to nic nie może świadczyć lub dawać jakiejś prognozy, że Trybunał chciałby blokować zmiany wprowadzane przez nową większość parlamentarną, np. reformy 500+.

To prawda, ale był przecież „skok na Trybunał" w obecności obu prezesów TK, były całkiem niedawno, oczywiście żarty, że kadencja Rzeplińskiego nigdy się nie skończy, a nie wszyscy, łącznie z prawnikami, znają się na żartach. A jak wielu z nich, nawet tych utytułowanych, oderwało się od realu, niech świadczą porównania polskiej demokracją z Azją.

To napinanie mięśni miało może jeszcze jakiś sens do ostatniego lata, do pielgrzymki papieża i szczytu NATO, ale później żadnego wrażenia na władzy już nie robiło i wyniszczało tylko życie publiczne w Polsce jałową dyskusją i jałowymi apelami.

Służyły one tylko politykom niepogodzonym ze statusem opozycji. Niestety także wielu prawników, co gorsza nawet sędziów, ulegało histerii, propozycje ugodowe ograniczając do żądania kapitulacji po stronie władzy.

Dalszy bieg spraw pokazał, jak byli nieskuteczni w rozwiązywaniu tego sporu. Drugą stroną medalu jest oczywiście kwestia, czy władza nie powinna wykazać większej elastyczności, czy prezes Kaczyński nie powinien jednak rozmawiać z prezesem Rzeplińskim.

Miejmy nadzieję, że gdy już opadnie kurz po tym zbyt kosztownym starciu, przyjdzie czas na refleksję. Że Trybunał jest narzędziem usuwania bubli i ekscesów legislacyjnych, a nie cenzorem władzy, ani tym bardziej trzecią izbą parlamentu. Ponieważ w sądzie zwykle ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa, nie obawiam się zbytnio o powagę i renomę Trybunału.

Ponieważ jednak w ten spór zaangażowano mocno środowiska prawnicze, przydałaby się jakaś forma przebaczenia win. Byłoby niedobrze i niesprawiedliwie, gdyby za błędy i emocje oraz interesy części polityków i prawników miały ucierpieć całe środowiska.

Bądźmy przynajmniej mądrzy po szkodzie.