Wpisanie zasady „in dubio pro tributario" do ordynacji podatkowej było ogromną, choć nieplanowaną, szansą dla podatników na przygotowanie się sądów na tzw. Polski Ład.

Polski Ład to nie tylko słabo, bądź bardzo słabo, przemyślana podwyżka podatków dla średnio i lepiej niż średnio zarabiających Polaków. To nie tylko gigantyczny problem dla nich samych i obsługujących ich biur księgowych. To tysiące niskiej jakości zmian przepisów, które spowodują gigantyczną ilość sporów obywatel–fiskus. Sądy administracyjne zostają zalane tymi sprawami. I ich wyroki zadecydują, czy jesteśmy państwem prawa, czy państwem pozorów prawa. I to będzie jeden z zasadniczych efektów Polskiego Ładu.

Problematyczna legislacja

Nie wchodząc w to, czy tzw. Polski Ład był w ogóle potrzebny, należy zwrócić uwagę na to, że sposób uchwalania oznacza duży krok w kierunku zmiany ustroju państwa z demokratycznego na państwo autorytarne. Czego jednym z wielu dowodów jest to, że pierwszy raz w historii polskiego parlamentaryzmu tak fundamentalne prawo uchwalono bez merytorycznej opinii sejmowych specjalistów, którzy przyznali publicznie, że czasu na analizę projektów zmian mieli tak mało, że nawet nie zdążyli zapoznać się z obszernym materiałem.

Sędziowie sądów administracyjnych mają czas, przynajmniej teoretycznie, na zapoznanie się z nowymi przepisami, bo lawina skarg zacznie się najwcześniej za rok. Jednak warto zastanowić się nad tym, czy daje to wystarczające gwarancje obywatelom przedsiębiorcom/podatnikom, że ich prawa będą skutecznie chronione.

Sama administracja podatkowa alarmuje, że w sprawie dokonanych zmian nie została przeszkolona nawet w minimalnym zakresie. A powszechną jej praktyką jest profiskalne nastawienie, czyli szukanie wszędzie jak najwyższego opodatkowania, nawet tam, gdzie nie ma go w ogóle. Obywatelskim prawem jest zaś minimalizowanie opodatkowania.

Czytaj więcej

Wojciech Tumidalski: Obudzeni z ręką w Polskim Ładzie

Okazuje się, że wizjonerem był prezydent Bronisław Komorowski, który zadbał o to, aby weszła w życie w 2016 r, uchwalona z jego inicjatywy, zasada prawna znana powszechnie pod łacińską nazwą „in dubio pro tributario" – o rozstrzyganiu wątpliwości związanych z treścią niejednoznacznych przepisów, nie tyle na korzyść podatnika, mająca blokować ich rozstrzyganie na korzyść fiskusa. Niestety, do dziś stosowanie tej zasady nie za bardzo się przyjęło.

Wiele wskazuje na to, że sam pomysłodawca nie do końca miał świadomość, do czego jest ona w naszych warunkach potrzebna. W państwie, w którym prawa obywateli traktowane są poważnie przez administrację i sądy, zapisanie takiej zasady do ustawy podatkowej, jest całkowicie zbędne. Obowiązek jej stosowania wynika wprost z konstytucji i został wielokrotnie potwierdzony przez orzecznictwo TK. Mimo wszystko w Polsce była bardzo konieczna. Stanowi elementarne zabezpieczenie ochrony praw podatników, która jest podstawowym obowiązkiem sądów administracyjnych. Jednak w wolnej Polsce o prawach podatników wiele się mówi, ale tradycją było i jest ich niestosowanie. Dlatego jej uchwalenie należy traktować głównie jako krzyk rozpaczy. Jako apel do sądu administracyjnego, przypominającego mu o jego podstawowym zadaniu, jakim jest ochrona praw podatnika. Nikt niestety tego wprost ani opinii publicznej, ani tym bardziej sądowi administracyjnemu nie zakomunikował.

Podatnik liczy sam

To zadanie to analiza, czy przepisy, na podstawie których w decyzji zaskarżonej przez podatnika do sądu nałożono podatek, spełniają konstytucyjne wymogi, a przede wszystkim, czy są jednoznaczne i zrozumiałe na tyle, aby ich adresat (podatnik, a nie urzędnik czy też sędzia) mógł je zrozumieć. Bo w Polsce obowiązuje zasada samoobliczania podatków przez podatników. Podatnik zadeklaruje do zapłaty tylko taki podatek, jaki zrozumie, że na nim ciąży. Przepisy muszą być na tyle jednoznaczne i zrozumiałe, aby podatnik mógł je bez problemu, bez pomocy kancelarii podatkowych zrozumieć. Nie wolno uchwalać przepisów tak skomplikowanych, aby rozumieli je jedynie wybitni prawnicy, a w tym sędziowie sądów administracyjnych.

Jednak przez sześć lat jej obowiązywania sądy nie wypracowały zasad jej stosowania. Wydaje się oczywiste, że stosowanie jej powinno polegać na tym, że sądom nie wolno przyzwalać na funkcjonowanie niejednoznacznych przepisów. Po pierwsze, właśnie zgodnie z Konstytucją RP, orzecznictwem TK i zasadami prawa podatkowego w przypadkach własnych wątpliwości sądu co do konstytucyjności takich przepisów powinny one same takie przypadki kierować do TK. Po drugie, jeśli jednak dane przepisy uznawane są przez sądy za zgodne z Konstytucją RP, to zawsze, gdy wykładnia przepisu jest wieloznaczna i może on być (przez podatnika, a nie przez profesjonalny sąd) interpretowany w inny sposób niż stanowisko organu, to za dopuszczalną uznają interpretację dokonaną przez podatnika, a nie przez organ. Wskutek dogłębnej, sądowej interpretacji może ona okazać się niepoprawna, ale nie można w takiej sytuacji karać podatnika za marnej jakości prawo. Podczas gdy powszechnie przyjętą praktyką w naszych sądach jest uznawanie interpretacji organu. Organ i sąd mogą wymagać od podatnika jedynie, aby w przyszłości stosował się do przedstawionej mu przez sąd wykładni. Efektem takiego podejścia byłoby wymuszenie na ministrze finansów dbania o coraz wyższą jakość i jednoznaczność przepisów. Skoro sąd nie pozwalałby na nakładanie podatku na podstawie wieloznacznych przepisów, to MF realizujący zaplanowane wpływy budżetowe musiałby zadbać o jednoznaczność i zrozumiałość przepisów podatkowych. Niestety, takich orzeczeń sądy przez ten okres nie wydawały, a już dotychczasowa jakość przepisów prawa podatkowego w powszechnej opinii była bardzo niska i stale się z winy sądu pogarszała. Co potwierdza, że zasady tej nie stosowały. Wpisanie zasady „in dubio pro tributario" do ordynacji podatkowej było więc ogromną, choć nieplanowaną, szansą dla podatników na przygotowanie się sądów na tzw. Polski Ład.

Co będzie dalej?

Wniosek pierwszy jest następujący.

Gdyby sądy wdrożyły i stosowały zasadę nierozstrzygania wątpliwości na korzyść fiskusa, to ministrowi finansów nie przyszłoby do głowy uchwalanie napisanego w pośpiechu i niepoddanego testowaniu, czyli szerokim konsultacjom społecznym, tzw. Polskiego Ładu, bo wiedziałby, że uchwalanie bubla prawnego pełnego wieloznacznych i niezrozumiałych przepisów nie jest w jego interesie, bo spowoduje znaczne zmniejszenie wpływów do budżetu, a nie – planowane przez rząd – znaczne zwiększenie wpływów.

Wniosek drugi jest jeszcze smutniejszy dla podatników.

To, że sądy do tej pory nie wdrożyły stosowania zasady „in dubio pro tributario", oznacza, że gdy wejdzie do obrotu prawnego tysiące zmian przepisów, które są jeszcze bardziej niezrozumiałe i wieloznaczne niż dotychczasowe, to sytuacja podatników musi ulec pogorszeniu. Skoro bowiem sądy do tej pory nie analizowały skarg podatników pod kątem ochrony ich praw, gdy przepisy były złej jakości, to tym bardziej mogą nie zwracać uwagi na brak jednoznaczności przepisów dużo gorszej jakości, gdy skarg będzie wpływało o wiele więcej. Będzie ich więcej, ponieważ nie da się – nawet teoretycznie – w pośpiechu, bez konsultacji uchwalić dobrego jakościowo prawa. Być może więc obywatele w ogóle odwrócą się od sądu i przestaną szukać tam ochrony swych praw, bo zrozumieją wreszcie, że sądy ich od dawna nie chronią. Być może będą więc szukać innych form ochrony albo pogodzą się z tym, że jako podatnicy nie mają praw, a mają jedynie obowiązki.

Niewielkie jest prawdopodobieństwo rozwiązania najbardziej pożądanego, jakim jest zmiana mentalności sądu, czyli traktowanie ochrony praw podatników jako ich podstawowego zadania. A może jednak, idąc za wzorem znakomitej tutaj kultury amerykańskiej, sytuacja podbramkowa spowoduje powrót polskiego sądownictwa administracyjnego do swych korzeni. Czyli tzw. Polski Ład zostanie potraktowany prawniczo tak, jak na to zasługuje – pokaże prawdziwy potencjał sędziów. A wszak o wcielenie w czyn tego potencjału już od kilku lat upominają się polscy obywatele.

Autor jest prezesem Zarządu Fundacji Praw Podatnika