Otóż każda zmiana na tym stanowisku uruchamia nowy, szeroki front wyciągania wymiaru sprawiedliwości z zapaści. Reformy generalnej, opartej na niepodważalnych statystycznych danych, raportach Banku Światowego, OECD itd., i tej wywołanej nieprzemyślanymi działaniami poprzednika. Przykład likwidacji sądów jest dobrą tego ilustracją.
W poniedziałek odchodzący minister Marek Biernacki powiedział, że jest zadowolony ze swojej misji w resorcie.
„Odchodzę spełniony, bo bardzo dużo udało się zrobić. Przyjętych ustaw jest bardzo dużo – to zmieni Polskę" – mówił, czekając na nowego ministra przed wejściem do gmachu resortu.
To znamienne słowa dla odchodzącego ministra.
W podobnym tonie wypowiadali się wcześniej Jarosław Gowin oraz wielu, wielu jego poprzedników.
Bo tak się już utarło, że liczba projektów i pozostawionych zmian była i jest miarą wartości, sukcesów odchodzących ministrów, złotą cegiełką, którą dołożyli do budowy wspaniałego pałacu sprawiedliwości.
To zasmucające podejście, pokazujące, jak bardzo brakuje nam ciągłości zamierzeń władzy, co szczególnie widać w legislacji. Niezwykle rzadko reformy są prowadzone w sposób przemyślany, długofalowy, konsekwentny i przekazywane kolejnym rządom (a nawet kolejnym ministrom z tego samego ugrupowania). Jest trochę tak, jakby przed każdym nowym ministrem leżała tylko biała kartka papieru, którą musi zapełnić na własne konto, rachunek. W efekcie rezygnuje z działań już zaczętych przez poprzednika albo odwraca, poprawia je. Bo wymiar sprawiedliwości dla reformatorów to obszar wręcz idealny.
Taka refleksja przyszła mi do głowy, gdy przysłuchiwałem się się radiowej dyskusji o ważnych zadaniach, które stoją przed nowo powołanym ministrem sprawiedliwości Cezarym Grabarczykiem. Czy pójdzie drogą swoich poprzedników? Pytanie na razie pozostaje otwarte.
Zapraszam do lektury najnowszej „Rzeczy o Prawie".