Tym bardziej szokuje skala operacji wobec przedstawicieli mediów i objęcie nią kilkudziesięciu osób.
W redakcji „Rzeczpospolitej" owa inwigilacja miała charakter masowy. Przeglądano billingi telefonów dziennikarzy, pozyskiwano dane o miejscach logowania telefonów, i wszystkich osób, z jakimi kontaktowali się dziennikarze, częstotliwości tych kontaktów i miejsc pobytu dziennikarzy, ustalano też dane adresowe i zbierano informacji o ich sytuacji rodzinnej, prowadzono bezpośrednią obserwację spotkań, dokumentowano je fotograficznie, a wobec siedmiu dziennikarzy użyto specjalistycznego sprzętu pozwalającego na ujawnienie wszystkich numerów, jakimi się posługiwali.
Takie informacje ujawnił koordynator służb specjalnych.
Były to niekiedy działania operacyjne dużego kalibru.
I ciężko się zgodzić z tłumaczeniami, że nie o dziennikarzy tu chodziło, ale wykrycie „źródła przecieku". Idąc takim tokiem rozumowania, można dojść do wniosku, że nie ma nic złego w tym, że służby, chcąc ustalić potencjalnego przestępcę, podsłuchują na chybił trafił kwartał ulicy lub całe osiedle, bo uważają, że właśnie w tym miejscu może się ukrywać przestępca.
W całej tej historii poraża mnie działalność sądu(ów), który przecież musiał wydać zgodę na tak masową inwigilację i naruszanie tajemnicy dziennikarskiej.
Zarówno służby, jak i sądy zapewne mają wyobrażenie o pracy dziennikarskiej. Pisanie o aferze podsłuchowej, bo podobno takim kluczem posługiwały się służby, podejmując decyzje o inwigilacji, wcale nie oznacza, że dziennikarz jest zaangażowany w sprawę i może naprowadzić nieświadomie służby na trop.
Obok dziennikarzy śledczych, których jest niewielu i którzy mają kontakty z informatorami, zdecydowana większość wiadomości w mediach na ten temat miała charakter odtwórczy, publicystyczny i komentarzowy, nie źródłowy. Wiara, że służby i sąd, dając zgodę na podsłuchy, nie zdawały sobie z tego sprawy, jest naiwna. Zgoda na strategię dywanową za bardzo rozszczelniła tajemnicę dziennikarską.
Nie dziwi mnie, że służby specjalne, mając uprawnienia operacyjne, chcą z niej chętnie korzystać i ułatwiać sobie pracę. Niepokoi mnie jednak postawa wymiaru sprawiedliwości, który wobec służb i ich działań ma pełnić przecież zdecydowaną funkcję kontrolną. Oczywiście nie wiem, jak działał sąd, jakie miał wyobrażenia o tak dużej liczbie podsłuchów, czy nie rodziły się w związku z tym wątpliwości i jakie było uzasadnienie takiej decyzji. Potwierdzają się jednak wcześniejsze zarzuty wobec Temidy o zbytnią uległość i automatyzm w rozpatrywaniu wniosków służb specjalnych.
Warto przypomnieć raport Andrzeja Seremeta, byłego prokuratora generalnego, który tuż przed końcem kadencji opublikował dane na ten temat. Wynika z nich m.in., że uprawnione organy (policja, Straż Graniczna, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, Żandarmeria Wojskowa i generalny inspektor kontroli skarbowej) złożyły w sumie wnioski wobec 5435 osób.
Sąd zarządził kontrolę i utrwalanie rozmów lub kontrolę operacyjną wobec 5221 osób; odmówił zarządzenia kontroli i utrwalania rozmów lub kontroli operacyjnej wobec 12 osób. Z kolei prokurator nie wyraził zgody na kontrolę operacyjną 202 osób.
Policja w 2014 r. wnioskowała o zarządzenie kontroli operacyjnej wobec 4479 osób. Sąd zarządził ją wobec 4311 osób; odmówił wobec 12 osób.
Nie łudźmy się: ów minimalny odsetek odmów nie świadczy o nieomylności służb.
Działania te dotyczą najwrażliwszych sfer życia obywateli, konstytucyjnie chronionych. Dobrze zatem byłoby, aby nie tylko rozliczono za nie służby specjalne, ale zbadano też rolę sądów: czy jest to systemowy błąd czy zbyt duża uległość wobec służb.
Zapraszam do lektury najnowszej „Rzeczy o Prawie".