Już od czasów "Misia" Stanisława Barei wiemy, że jest prawda czasów i prawda ekranu. Prawda czasów, zwłaszcza w Polsce, rzecz względna, prawda? Ale prawda ekranu obroni się zawsze, niezależnie od gatunku. Ktoś, kto lubi westerny, może paradować w podkutych kowbojkach krokiem Johna Wayne'a albo z indiańską przepaską na czterech literach grzać się przy ognisku. Miłośnik kina wojennego będzie biegał po lasach z wiatrówką, amator komedii rozrzucał skórki od banana.
[srodtytul]Wojna futbolowa[/srodtytul]
A co może zrobić pasjonat science fiction? Szukać ludzi, którzy spadli z Księżyca! Proszę bardzo, piątek, 19 listopada, "Rzeczpospolita", kolumny opinii. "Więź narodowa ujawnia się najmocniej w wojnie, w zagrożeniu wojną, w przygotowaniu do napaści na innych lub surogacie wojny" – [link=http://www.rp.pl/artykul/565941.html" "target=_blank]odkrywa Waldemar Kuczyński[/link], który w kwestii "napaści na innych" pozostaje od jakiegoś czasu autorytetem. I tradycyjnie już autorytet swój rozciąga na inne sfery.
Surogatem wojny stają się zatem dla niego "międzynarodowe zawody sportowe, w których walka sportowców odbierana jest jako walka z członkami innego narodu". Wynika z tego niezbicie, że kibicując naszym – nie, "nasi" to straszne słowo, kibicując Polakom w niedawnym meczu piłkarskim, śledziliśmy ich walkę z członkami narodu Wybrzeża Kości Słoniowej. Ale wstyd.
Na szczęście Kuczyński własną myśl o istocie sportu szybko prostuje. "Naród, narodowe emocje właściwie nie są potrzebne w czasach pokoju – przekonuje. – W nich potrzebne jest społeczeństwo złożone z milionów jednostek i tysięcy grup, a nie ogromny monolit zjednoczony zagrożeniem lub agresją". I znowu światłość taka w oczy bije, że przymrużyć trzeba. Bo jak ktoś mógł przetłumaczyć pierwsze słowa Konstytucji Stanów Zjednoczonych jako "My, naród", skoro powinno być "My, miliony jednostek i tysiące grup"? Inna sprawa, że jak trzeba te jednostki jednoczyć przeciw Kaczyńskiemu, Kuczyńskiemu monolit się chyba podoba. Piszę "chyba", bo jak się zaraz państwo przekonacie, w przypadku tego autora zdarzyć się może wszystko.
[srodtytul]Naród w hipnozie [/srodtytul]
Okazuje się, że więź narodowa w czasie pokoju prowadzić może do... nacjonalizmu i stąd lęk Kuczyńskiego przed "przebudzeniami narodu". Pewnie. Najlepiej, gdy naród pozostaje w hipnozie. "Te groźne bakcyle na początku mogą wyglądać niewinnie" – przestrzega Kuczyński. – "Nawet sympatycznie, jak ten chłopiec z Hitlerjugend śpiewający słodką piosneczkę w filmie "Kabaret", jak dzieci przebierane za powstańców czy inscenizowane bitwy, w których się zawsze wygrywa z wrogiem. A wrogiem jest sąsiad".
Chłopiec z Hitlerjugend, dziwna sprawa, wygląda sympatycznie. I przypomina polskiego harcerza w biało-czerwonej opasce powstania warszawskiego. W inscenizacjach bitew, które kiedyś wygraliśmy (ostatnio pod Grunwaldem), nie wiedzieć czemu, wciąż wygrywamy. A w przegranych przegrywamy, o co tu, do diabła, chodzi? – zdaje się pytać Kuczyński. Na dodatek podczas teatralnych scenek z II wojny zawsze lejemy się z Niemcami albo Ruskimi! Co za naród! Powiem krótko i dosadnie: do grupy z takimi jednostkami.
[srodtytul]Prosto z Księżyca [/srodtytul]
My, czytelnicy Waldemara Kuczyńskiego, nie możemy wszak zapominać, że jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi: "prasłowiańska grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera".
"Zróbcie mi przebitkę zająca na gruszy" – dodawał w "Misiu" tonem nieznoszącym sprzeciwu reżyser Zagajny. – "Nie, nie! Zamieńcie go na psa! Zamieńcie go na psa. Niech on się odszczekuje swoim prześladowcom z pańskiego dworu. Niech on nie miauczy!".
Stanisław Bareja nie mógł wiedzieć, że niektórzy intelektualiści, ba, byli ministrowie wolnej Polski, przegonią w śmieszności jego komedie, spadając na prasłowiańską gruszę prosto z Księżyca w samym środku pięknego snu o Polsce bez narodu.
$h$>