Nie mam zwyczaju się powtarzać, ale kiedy myślę o korzeniach separatyzmów, o wiotkiej granicy między tożsamością narodową, prawem do godności i wolności grup etnicznych a chorobą nacjonalizmu, zawsze mimowolnie wracam do Gagauzji.
To wzorzec niejako modelowy; tu wszelkie dylematy rysują się wyjątkową ostrością, nie mniej wyraziście niż w Szkocji czy Katalonii, ale na bardzo wschodnich zasadach. O ojczyznach Waltera Scotta czy Luisa Llacha wiemy niemal wszystko, a ich dobry los polega na tym, że tworzą autonomiczne organizmy w ramach nowoczesnych demokracji, które nie tylko dały szansę na konserwowanie odrębności i tradycji obu regionów, ale również otwierają im drzwi do większościowego samostanowienia. Z Gagauzją i Gagauzami jest zupełnie inaczej. Ich pochodzenie, czyli etnogeneza, nie jest ostatecznie potwierdzone, sam fakt istnienia wydaje się cudem, ?a przeszłość i teraźniejszość to wieczne balansowanie przy boku żarłocznego sąsiada.
Kim są Gagauzi? Skąd się wzięli? Wiadomo, że są pochodzenia tureckiego i pojawili się w swojej dzisiejszej ojczyźnie, na żyznych wzgórzach dawnej Besarabii na początku XIX wieku. Przesiedlono ich z pogranicza bułgarsko-rumuńskiego, dawnej Dobrudży, która niegdyś była częścią imperium osmańskiego. Stąd hipoteza, że nie są potomkami Turków, tylko sturczonymi Bułgarami, co akurat dla niniejszego wywodu nie ma znaczenia. Niepodważalnym faktem za to jest, że za cara Aleksandra I przywieziono ich na stepy budziackie jako całkiem już ukształtowany naród, na dodatek nawrócony ?z islamu na wschodnie chrześcijaństwo.