Ilu Polaków zginęło na Wołyniu i w Galicji Wschodniej? 80 tysięcy? 100 tysięcy? 120 tysięcy? Od lat spieramy się o liczby, choć znacznie rzadziej zadajemy pytanie bardziej podstawowe: ilu ofiarom potrafimy przypisać imię i nazwisko, miejsce śmierci, jej okoliczności i sprawcę? Spotkanie, które odbyło się 8 września w Kijowie, poświęcone projektowi „Ofiary konfliktu polsko-ukraińskiego 1939–1947” daje nadzieję, że na to drugie pytanie będziemy potrafili odpowiadać coraz dokładniej.

Zaprezentowano historyczno-geograficzną bazę dotyczącą ofiar konfliktu, tworzoną przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej. Tego samego dnia do Archiwum UINP przekazano pierwszą transzę dokumentów ze Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy. Oba wydarzenia wskazują na szerszy proces: otwieranie, porządkowanie i koncentrowanie zasobów, które mogą poszerzyć podstawę źródłową badań nad konfliktem polsko-ukraińskim. Może to mieć poważny wpływ nie tylko na polsko-ukraińską debatę dotyczącą Wołynia ’43, ale i atmosferę obecnej konfrontacji polityk historycznych obu krajów.

Czytaj więcej

Skrucha i przebaczenie a przeszkody w drodze do pojednania Polski i Ukrainy

Spór koncentruje się obecnie w dużym stopniu wokół szacunku liczby ofiar.  Pada liczba 100 tysięcy polskich ofiar, niekiedy 120 tysięcy. Liczby te zaczynają funkcjonować w przestrzeni publicznej jako ostateczne ustalenia. Takie szacunki  i imienna lista nie są tym samym. Ofiarom należy się nie sucha statystyka, ale spersonalizowana wiedza o każdej ofierze, jej imieniu, nazwisku, dacie i miejscu śmierci, czy ustalono sprawcę i z jakim stopniem pewności, czy i na jakich źródłach opiera się nasza wiedza.

Wiele wojen na jednym terytorium

Wołyń lat 1939–1945 był sceną wyjątkowo brutalnych wydarzeń.  Na tym samym terytorium nakładały się na siebie okupacje sowiecka i niemiecka, konflikt narodowościowy, działania partyzanckie, akcje odwetowe, głęboka demoralizacja wojną. Ludność wcielano do rozmaitych formacji zbrojnych (w tym również do niemieckiej policji pomocniczej czy rosyjskiej partyzantki) i przystępowano do nich, ratując własne życie. W splątanych indywidualnych biografiach późniejsze ofiary mogły być wcześniej uczestnikami przemocy, a niekiedy także jej sprawcami. Udostępnione archiwa mogą pomóc w ustaleniach dotyczących okresu 1939–1941, które są słabo obecne w dotychczasowej debacie.

Lepsze rozpoznanie lat 1939–1941 może więc zmienić nie tyle ocenę odpowiedzialności za późniejsze zbrodnie, ile rozumienie ich genezy. Pytanie brzmi, w jakim stopniu destrukcja struktur społecznych, deportacje, represje, działalność agenturalna i zmiany reżymu władzy okupacyjnej wzmagały eskalację przemocy. Wyjaśnienie jej genezy nie oznacza oczywiście przeniesienia odpowiedzialności ze sprawców na okoliczności. Ta wielość nakładających się na siebie rodzajów przemocy jest kolejnym argumentem za badaniem konkretnych przypadków, a nie wyłącznie zbiorczych bilansów narodowych.

Czytaj więcej

Albo pamięć o Wołyniu, albo wspólna przyszłość z Ukrainą. To fałszywa alternatywa

Pierwsza okupacja sowiecka dokonała zasadniczej destrukcji przedwojennego ładu społecznego. W szczególny sposób dotknęła polskiej społeczności polskiej. Represjom podlegały polskie elity, administracja i osadnicy, ale także wybiorczo społeczność ukraińska i żydowska.  Następowały deportacje, aresztowania, konfiskaty majątku, likwidacja organizacji społecznych i politycznych. NKWD rozbudowywało sieci agenturalne. Wgląd w  archiwa sowieckich służb może okazać się szczególnie cenne w zdobyciu głębszej wiedzy o latach 1939–1941.

Archiwa nie mówią same

Trzeba zarazem zdawać sobie sprawę, że akta NKWD, NKGB czy późniejszego KGB nie zawierają po prostu „prawdy”, która czekała osiemdziesiąt lat na historyka. To dokumentacja gromadzona przez aparat represji i często sprawców zbrodni.  Znajdują się w niej raporty agenturalne, protokoły przesłuchań i wymuszonych zeznań, donosy, materiały operacyjne, dokumentacja śledztw i procesów. Część zeznań uzyskiwano z użyciem przemocy. Dokumenty posługują się językiem i pojęciami totalitarnego państwa.

Ich wartości dla historyka, który potrafi je interpretować  i porównywać, nie należy jednak kwestionować.  Raport UPA można zestawić z raportem NKWD, meldunkiem AK, dokumentem niemieckim i późniejszą relacją. Udostępniane dokumenty mogą potwierdzić część dotychczasowych ustaleń dotyczących skali zbrodni UPA. Mogą ujawnić nieznane dotąd ofiary. Podobnie mogą poszerzyć wiedzę o ukraińskich ofiarach polskich działań, roli sowieckiej partyzantki i sowieckich prowokacjach, roli działalności agentury czy policji pomocniczej.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Rzeź wołyńska będzie dzielić. Zbrodni nikt nie wymaże

Mogą jednak również wykazać podwójne zapisy, błędną identyfikację osób lub błędną identyfikację sprawców. Nie należy oczekiwać odkryć, które rozstrzygną wszystkie spory. Znacznie ważniejsze może być wspólna praca badaczy przy zestawieniu setek raportów i materiałów operacyjnych. Udostępniane same archiwa mogą poszerzyć wiedzę o polskim i ukraińskim podziemiu, a także i przede wszystkim o ofiarach.

Co może się zmienić?

Polsko-ukraiński spór o Wołyń dotyczy nie tylko odmiennej oceny tych samych wydarzeń, ale tego, skąd czerpiemy wiedzę, którym źródłom przypisujemy największe znaczenie i jakie pytania im zadajemy. Polska i ukraińska pamięć nie tylko inaczej interpretują historię; częściowo organizują ją wokół innych wydarzeń i innych hierarchii doświadczeń. Dla polskiej pamięci ze zrozumiałych względów centralnym pojęciem stał się Wołyń i zagłada polskiej ludności. Dla pamięci ukraińskiej lata czterdzieste to jednocześnie historia walki o niepodległość, okupacji niemieckiej i sowieckiej, terroru NKWD, deportacji oraz powojennej wojny sowieckiego państwa z ukraińskim podziemiem.

Te perspektywy nie muszą się wzajemnie wykluczać. Problem powstaje wtedy, kiedy jedna z nich chce zastąpić drugą. Dlatego udostępnienie archiwów może mieć znaczenie wykraczające poza kolejne ustalenia faktograficzne. Może ułatwić  wspólną pracę polskich i ukraińskich historyków, którzy jako naukowcy nie powinni występować jako „narodowe drużyny”, broniące  każda z nich własnych racji. Wspólne badania nie powinny oznaczać negocjowania kompromisowej wersji historii. Historycy nie są delegacjami dwóch państw, które mają uzgodnić sprzeczne racje.  Powinni natomiast uzgodnić standardy prowadzonych badań: identyfikacji osób, kwalifikowania źródeł, przypisywania sprawstwa i określania stopnia wiarygodności zgromadzonego materiału.

Czytaj więcej

Stosunki polsko-ukraińskie: protokół rozbieżności

Warto przy tym zauważyć, że państwo znajdujące się w stanie wojny z Rosją otwiera materiały mogące dotyczyć także najbardziej bolesnych i trudnych fragmentów własnej historii, będących przedmiotem nie tylko zewnętrznej krytyki, a także rosyjskiej manipulacji propagandowej.

Archiwa dostępne od zaraz

Archiwa mogą zmienić charakter debaty dotyczącej Wołynia, zarówno wśród profesjonalnych historyków jak i  w szerokiej przestrzeni publicznej. Zamiast na pierwszym miejscu pytać „czy było 80, 100 czy 120 tysięcy ofiar?”, można wskazywać imiona i nazwiska ofiar, poszukiwać ich tożsamości, by wspólnie pochylić się nad mogiłami, wszędzie tam, gdzie można je odnaleźć. 

Każda informacja o ofierze winna mieć swoją osobną dokumentację i ocenę stopnia wiarygodności zawartych w niej danych. Nie jest to tylko kwestia skrupulatności historyka, lecz w większym jeszcze stopniu szacunku dla ofiary. Byłby to ogromny krok naprzód w polsko-ukraińskiej debacie. Spory dotyczące przeszłych wydarzeń nigdy się nie kończą. Może jednak odebrać im część arbitralności. Konferencja w Kijowie to jedynie mały krok naprzód. Przekazano pierwsze dokumenty i pokazano narzędzie badawcze. W medialnym świecie nie brzmi to szczególnie efektownie.

Czytaj więcej

Bohdan Hud: Relacje Polski i Ukrainy mogą czekać kolejne tematy zapalne

A jednak za kilka lat może się okazać, że było to ważniejsze, niż niejedna głośna deklaracja polityczna. Liczba szacunkowa i udokumentowana imienna lista ofiar to dwie różne kategorie wiedzy. Ofierze należy się nie tylko miejsce w statystyce. Należy się jej, jeśli tylko źródła na to pozwalają, imię i nazwisko, miejsce i data śmierci, ustalenie jej okoliczności oraz sprawcy – wraz z informacją, na jakich źródłach opieramy tę wiedzę i jaki jest stopień jej pewności.

  • dr Kazimierz Wóycicki, historyk i polityk. W latach 2005–2008 dyrektor Oddziału IPN w Szczecinie, następnie doradca kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych; autor książki „Krótka historia UPA dla Polaków” (2019)