28 stycznia. Dzień wcześniej Muzeum Auschwitz zorganizowało obchody 81. rocznicy wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady. Choć bezpośrednio po uroczystościach Pałac Prezydencki nie ma zastrzeżeń (a przynajmniej publicznie ich nie komunikuje), teraz Wojciech Kolarski oskarża instytucję o „wykluczenie” i „poniżenie” głowy państwa, ponieważ Karol Nawrocki nie został ani przywitany, ani poproszony o zabranie głosu. „To nowy obyczaj” – mówi Radiu Wnet minister w Kancelarii Prezydenta Rzeczpospolitej, choć Muzeum z wystąpień polityków zrezygnowało rok wcześniej, kiedy najwyższy urząd w państwie sprawował jeszcze Andrzej Duda, który również współpracował z Kolarskim. 

To jeden z faktów, o którym w oświadczeniu przypomniała instytucja, odnosząc się do materiału Roberta Mazurka w Kanale Zero. Muzeum Auschwitz wyjaśniło – a łatwo to sprawdzić, odtwarzając dostępny na platformie YouTube zapis zorganizowanych w 2025 r. uroczystości, że już wtedy nie witało imiennie koronowanych głów państwa, prezydentów, premierów i przewodniczących państwowych delegacji. Karol Nawrocki został zaproszony przez instytucję do rozmowy w studiu i na jego prośbę stworzono mu możliwość wydania oświadczenia w okolicach bloku 11 (miejsce to wybrała KPRP). Co więcej, prezydenccy urzędnicy „byli obecni na próbie generalnej wydarzenia i nie zgłaszali żadnych uwag”, a „współpraca była bardzo dobra”. Ale machina ruszyła.

PiS atakuje Muzeum Auschwitz 

„Polskie państwo nie może abdykować w kwestii ochrony miejsc pamięci niemieckich zbrodni na Polakach i Żydach. Niezbędna jest reforma sposobu zarządzania Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz innymi muzeami w dawnych niemieckich obozach zagłady i miejscach kaźni. Jest to szczególnie istotne w obliczu trwających prób zakłamywania historii i spychania na Polaków odpowiedzialności za Holokaust. Ponadto swoista »eksterytorialność« Muzeum Auschwitz-Birkenau prowadzi do takich wydarzeń, jak podczas ostatniej rocznicy wyzwolenia obozu” – napisała na platformie społecznościowej X Beata Szydło. Dlatego zdaniem byłej premier „niezbędne jest powołanie polskiej instytucji, która będzie w całościowy sposób dbać o pamięć Holokaustu i opiekować się zarówno terenem byłego niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, jak i terenami byłych niemieckich obozów zagłady w Treblince, Sobiborze, Bełżcu, Majdanku, Chełmnie – a także pozostałymi miejscami związanymi z historią niemieckich zbrodni, np. obozami Stutthof, Płaszów, Gross-Rosen”. 

Po pierwsze, Muzeum Auschwitz – nie pierwszy raz zaatakowane przez prawicę – jest instytucją, która na co dzień walczy z próbami zakłamywania historii i spychania na Polaków odpowiedzialności za Holokaust, czego ani Beata Szydło, ani jej partia i związane z nią media, nie odnotowują. A sugerowanie przez byłą premier, że Muzeum Auschwitz nie jest polską instytucją jest nadzwyczajnie przykre. Nie byłoby sensu dowartościowywać jej komentarza uwagą. Ale po drugie, opisuje on prawicowe modus operandi: instytucję przejąć lub stworzyć nową, choć podobne przecież istnieją (w tym przypadku obok Muzeum Auschwitz to Instytut Pamięci Narodowej i Instytut Pileckiego). 

Jeśli nie chcesz prowadzić skutecznej polityki historycznej, bądź radykalny, wywołuj awantury i uważaj instytucje za łupy polityczne 

Dlaczego niemiecka polityka historyczna jest skuteczna? Również dlatego, że kanclerz Niemiec nie wygraża dyrektorowi muzeum, którego z takich czy innych powodów nie lubi (dla PiS problemem była obecność prof. Barbary Engelking w Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej). To nie oznacza – a lubią tak myśleć „postępowi intelektualiści”, że niemiecka polityka historyczna nie istnieje. 

Głównym powodem, dla którego PiS powinien powstrzymać się od przejęcia Muzeum Auschwitz nie powinien być międzynarodowy skandal, jaki wywołałaby taka decyzja, choć musiałby to wziąć pod uwagę. W efekcie nasz głos zostałby osłabiony. „No i jak przysłużyła się Polsce Twoja ustawa o IPN?” – 26 lutego na platformie społecznościowej X Mateusz Morawiecki zapytał Patryka Jakiego, przypominając nowelizację ustawy o Instytucie sprzed ośmiu lat, która stała się przyczyną kryzysu w relacjach Polski ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Ale w gruncie rzeczy to cyniczny argument. Muzeum Auschwitz nie powinno zostać przejęte przede wszystkim dlatego, że autonomia instytucji kultury i nauki – działającej zresztą modelowo – jest wartością samą w sobie. I znów: to nie zwalnia państwowych muzeów z obowiązków, ale są w stanie dobrze je wykonać, tylko wtedy, kiedy są stabilne i mają przestrzeń. 

Muzeum Auschwitz stworzyło „wirtualną wspólnotę pamięci”: profil instytucji w serwisie X śledzi półtora miliona internautów, których zachęcał do tego m.in. Mark Hamill (aktor znany z roli bohatera „Gwiezdnych wojen” – Luke'a Skywalkera). Instytucja wykorzystuje platformy społecznościowe do tego, aby codziennie publikować fotografie i notki biograficzne ofiar (w tym polskich więźniów) oraz reagować na błędy w zagranicznych mediach – robi to rzeczowo, a przez to skutecznie. Na próżno szukać docenienia i wsparcia dla tych działań choćby ze strony Beaty Szydło. 

Antyprzykładem jest z kolei zdominowany od 2016 r. przez PiS Instytut Pamięci Narodowej. 19 marca w „Rzeczpospolitej” Marek Kozubal opisał, w jaki sposób IPN stał się pudłem rezonansowym antyukraińskiej narracji: „w oparciu o wpis na portalu X polityk Konfederacji skonstruował komunikat, jakoby na ukraińskim portalu wystawiono na sprzedaż Order Wojenny Virtuti Militari”, podczas gdy był to falsyfikat.  „Od kilku lat jesteśmy na wojnie informacyjnej z Rosją, która wykorzystuje przeszłość do podsycania polsko-ukraińskiego konfliktu pamięci. My jednak błądzimy. Dlaczego? Brakuje nam koordynacji narzędzi, którymi dysponujemy, ze strony choćby wyspecjalizowanych instytucji zajmujących się historią i analizą współczesności. Dziś widzimy jak na dłoni, że IPN się do tego nie nadaje” – konstatuje mój redakcyjny kolega. Nieudolna okazuje się być instytucja zatrudniająca 2500 pracowników i dysponująca wynoszącym pół miliarda zł budżetem. 

Brak stabilizacji w odpowiedzialnych za politykę historyczną instytucjach – a wymaga ona planowania – bynajmniej nie obciąża tylko prawicy. Wystarczy wspomnieć odwołanie dyrektora Muzeum Stutthof Piotra Tarnowskiego przez ministerkę Martę Cienkowską. „Nowa władza za to od dwóch lat z uporem maniaka udowadnia, że awans zarezerwowany jest dla »naszych« a zbyt szerokie uśmiechy na zdjęciach z Piotrem Glińskim zostaną prędzej czy później rozliczone, bez wyjątku, nawet w przypadku najwybitniejszych państwowców” – skomentował w „Rzeczpospolitej” Michał Płociński. W przyszłości to Piotr Gliński będzie rozliczał z uśmiechów na zdjęciach z Martą Cienkowską. I będzie tak się działo do końca świata, a nawet dzień dłużej. 

W idealnym świecie, kiedy 15 marca Instytut Pileckiego otworzył filię w Nowym Jorku – to prawda: z „przygodami” po drodze – wspólnie cieszą się z tego zarówno politycy koalicji rządowej, jak i PiS. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Dlatego „nie możemy mieć ładnych rzeczy”. Bo instytucje traktowane są przez obie strony niczym łupy, podczas gdy powinny być zasobem. „Polską sytuację znacząco pogarsza słabość instytucji stabilizujących komunikację i proces polityczny – słabość poważnych mediów, niezależnych think-tanków, zależność partii od politycznych influencerów i w końcu słabość instytucji, prawa oraz reguł niepisanych” – szeroki polski problem rozpoznał w „Plusie Minusie” Konrad Szymański

Jeśli nie chcesz prowadzić skutecznej polityki historycznej, nie miej pojęcia, do czego ona służy

Polska polityka historyczna wciąż czeka na swój przewrót kopernikański. 30 grudnia przedstawiłam sześć rekomendacji: zrozumieć, że sensem polityki historycznej jest przyszłość, nie odnosić się więcej do jej przeciwników, porzucić marzenie o świętym Graalu (nie będzie tego jednego polskiego filmu, który w cudowny sposób sprzeda naszą historię międzynarodowej publiczności niczym najlepsza amerykańska produkcja), włączyć się do ruchu (nie anulujemy opowieści niemieckiej, musimy przebić się z własną), potrafić samych sobie siebie opowiedzieć oraz uzbroić się w cierpliwość, poszukiwać sojuszników i pobudzać intelektualny ferment (do czego potrzebne są zwinne instytucje). 

Czytaj więcej

Estera Flieger: Polska może uprawiać lepszą politykę historyczną niż Niemcy

Inaczej: polityka historyczna wymaga zmapowania – zrozumienia zależności pomiędzy nią a szeregiem innych polityk. Jako praktyka jest niczym nowym, ale samo pojęcie funkcjonuje w debacie publicznej od raptem dwóch dekad. W obecnych realiach – a kształtuje je wojna Rosji z Ukrainą, czy szerzej sytuacja geopolityczna – założenia sprzed dwudziestu lat wymagają modyfikacji. Póki co sprowadza się albo do oburzenia (w wykonaniu prawicy), albo improwizacji (słabość koalicji rządowej). 

Jeśli nie chcesz prowadzić skutecznej polityki historycznej, daj się rozwibrować i histeryzuj

Pozwoliliśmy sobie na to, by inni (w tym Niemcy) opowiedzieli historię II wojny światowej. To obserwacja mojego redakcyjnego kolegi – Michała Płocińskiego, z którym podzieliłam się pierwszymi z wrażeniami z lektury „Totalnej historii II wojny światowej” francuskiego historyka Oliviera Wieviorki. A chodziło głównie o to, że nie znalazłam polskich autorów w bibliografii. 

Historia Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku pokazała, że PiS, który je przejął (co było obietnicą złożoną przez Jarosława Kaczyńskiego na dobre kilka lat przed jego otwarciem) największy problem ma z przyjęciem, że opowieść – jeśli ma być czytelna dla międzynarodowej publiczności – wymaga skrótów, a nawet uniwersalizacji (rozmawiajmy o proporcjach) oraz romansu z popkulturą. Fiasko podręcznika Historii i Teraźniejszości prof. Wojciecha Roszkowskiego jest najlepszym tego dowodem. Pomysł prawicy na politykę historyczną się nie zmienia – obrazowo: najchętniej posadziłaby wszystkich na krzesełkach i tłukła do głowy nudny wykład. 

Miesiąc temu, w rocznicę rozpoczęcia przez Rosję pełnoskalowej agresji na Ukrainę, Friedrich Merz powiedział, że „wojna będzie już trwała cztery lata, (czyli) dłużej niż druga wojna światowa” (za PAP). Oznacza to, że według kanclerza Niemiec II wojna światowa zaczęła się w 1941 r. Polska Agencja Prasowa poprosiła o komentarz wielkiego brytyjskiego historyka Antony'ego Beevora: „To zadziwiające. Nie mam pojęcia, jakie były intencje kanclerza, ale popełnił straszną historyczną gafę”. Powstaje pytanie, co państwo polskie chce z tym zrobić. Prawica nie rządzi już od trzech lat. Dalej jesteśmy w pułapce reaktywności – choć trudno dyskutować z tym, że wypowiedź Merza wymaga reakcji, celem musi być znalezienie sojuszników i wyposażenie ich w wiedzę, aby podobne stwierdzenia nie mogły się przyjąć. Do tego potrzebne są właśnie instytucje. 

Umówiliśmy się na coś z Niemcami, a oni te zasady łamią: ambasador RP w Berlinie – Jan Tombiński zatrzymał w zeszłym roku promocję wydanej w Niemczech książki dr. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe, wykładowcy Wolnego Uniwersytetu w Berlinie – „Polscy burmistrzowie a Holokaust. Okupacja, administracja i kolaboracja” (współorganizatorem odwołanego spotkania był Dom Niemiecko-Polski). Przewidywalne było to, że kiedy tylko polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe się zakończą, Niemcy powrócą do promocji książki (została zaprezentowana w berlińskim muzeum Topografia Terroru), bo sprzyja ona obciążaniu Polski współodpowiedzialnością za Holokaust, co jest obecnie jednym z celów niemieckiej polityki historycznej. Jak sobie z tym poradzić? Instytut Pileckiego robi to na zasadzie dyskusji, publikując tekst we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – to jest ten rodzaj zwinnej reakcji, bo nie można też pozwolić, by jedna książka rozwibrowała całe państwo. 

Czytaj więcej

Brak asertywności wobec Niemiec będzie zwycięstwem prawicy

Przede wszystkim trzeba chcieć. Tematem na inny tekst jest stan polskiej debaty historycznej oraz to, że „postępowi intelektualiści” zapewniają cieplarniane warunki niemieckiej polityce historycznej. Kuriozalny list w obronie książki Rossolińskiego-Liebe opublikowała „Gazeta Wyborcza” (został opisany tagiem „antysemityzm”). Powołany przecież w 2024 r. ambasador Tombiński znalazł się w gronie oskarżonych o „zastraszanie” autora i „promowanie nacjonalistycznej interpretacji II wojny światowej i Zagłady”. Wolność nauki a polityka historyczna to ulubiona fałszywa alternatywa „postępowych intelektualistów”, często wyjątkowo przy tym rozpolitykowanych. W Forum Akademickim prof. Robert Traba zastanawia się nad błędami autora książki, ale pyta „Tylko gdzie jest naukowa riposta?” (za taką nie uznaje recenzji związanego z IPN dr. Damiana Sitkiewicza). Bardzo dobre pytanie: właśnie, gdzie? Dlaczego koledzy po fachu zadającego je historyka takiej nie napiszą? Czemu nie weźmie się za to IH czy ISP PAN? Spieszę z wyjaśnieniem: bo wtedy uważaliby, że uprawiają politykę historyczną, pomagają państwu, ergo PiS i dołączają do „nacjonalistów”. Nie możemy mieć również ładnych rzeczy, kiedy wszystko od dziesięciu lat sprowadza się do reakcji na PiS – dotyczy to nie tylko polityki historycznej.