Przynęta wygląda smakowicie, oto Jarosław Kaczyński kolejny już raz rzuca absurdalny przykład na spotkaniu z wyborcami, jak to straszna nędza panowała za rządów PO-PSL – opowiada w Kołobrzegu, że Polacy musieli wykradać ziemniaki dzikom... Nic, tylko to wyśmiać. I opozycja wchodzi w rozpisaną dla niej rolę – już siódmy rok.

Raz, że już sama debata o sytuacji materialnej Polaków przed i po 2015 roku nie jest dla PO najlepszym pomysłem, na co zwraca uwagę socjolog Marcin Duma. Polacy jednak dostrzegają polepszenie własnej sytuacji życiowej za obecnych rządów, więc jeśli komuś przysłuży się nagłaśnianie tego bon motu Kaczyńskiego, to raczej PiS. A dwa, w ogóle szydzenie z politycznych przeciwników nie jest tym, co buduje w oczach wyborców obraz opozycji jako kompetentnej alternatywy.

Problem w tym, że wielu polityków jest szczerze przekonanych, że właśnie w ten sposób najlepiej porozumiewać się z wyborcami, szczególnie młodymi. Ale taki język i forma komunikacji wyłącznie utwardzają i tak już mocno hermetyczny krąg ich zdecydowanych wyborców, za to przynoszą poważne straty wizerunkowe. Bo wszyscy lubimy się pośmiać, ale wcale nie chcemy, by politycy wchodzili w rolę internetowych śmieszków.

Politolog Sławomir Sowiński nazwał tę strategię wyszydzania Jarosława Kaczyńskiego „pozostawaniem w loży oburzenia, drwiny i kabaretu, z daleka od politycznej wiarygodności i powagi”. Idąc za tą metaforą, najwygodniej w tej loży rozsiadła się Platforma, co jest o tyle paradoksalne, o ile to właśnie wiarygodność i powaga były dawniej jej największą siłą. Socjolog Jarosław Flis kiedyś wyjaśnił ten mechanizm w „Plusie Minusie” w ten sposób, że Polacy najzwyczajniej mieli dużą wiarę w kompetencje liberałów. Myśleli tak: mają ładniejsze garnitury, bielsze zęby i spokojniej opowiadają o świecie, z większą pewnością siebie – zapewne więc lepiej wiedzą, jak rządzić państwem. I to działało. PO właśnie dzięki tak promieniującej powadze długo miała naturalną przewagę nad PiS.

Dziś można by się zastanawiać, dlaczego partia Donalda Tuska sama się tej roli wyzbyła. Czy wymęczyły ją długie ośmioletnie rządy, czy też przeważyła dopiero frustracja po przegranych wyborach, a potem poczucie bezradności, na przykład podczas kryzysu parlamentarnego w roku 2016? W każdym razie nie ma chyba wątpliwości, komu na rękę jest dorobienie opozycji gęby wrzeszczących frustratów. Szczególnie że PiS bardzo długo miało problem, by ze spokojną, rozważną Platformą wygrać jakiekolwiek wybory. Tymczasem z konkurencją szydzącą, miotającą się emocjonalnie i zaczynającą dyskusję nad każdym problemem z wysokiego C – nie ma podobnych problemów.

Wydaje się, że tę prawidłowość dużo lepiej rozumie Lewica, która nie daje się tak łatwo wciągać Kaczyńskiemu w podobne gierki. Może na razie nie przekłada się to na sondaże, ale pozwala Lewicy budować swoją wiarygodność i powagę, właśnie w opozycji do emocjonalnie reagującej na każdy bon mot Kaczyńskiego PO. I taki mozolnie budowany wizerunek może w końcu zaprocentować. W końcu liberałowie opierali na nim swoją siłę co najmniej dekadę, a można i zaryzykować tezę, że nawet ćwierćwiecze – od 1989 do 2015 roku. A wystarczy nie łykać zarzuconego przez PiS haczyka.