Zawsze, gdy mam wrażenie, że przedstawiciele obozu władzy przekraczają już ostateczne granice, szybko się przekonuję, w jak wielkim błędzie byłem. Bo kiedy w poniedziałek dzieje się coś, co wydaje mi się końcem świata, to już we wtorek okazuje się to niewinną igraszką wobec nowych zdarzeń.

Czytaj więcej

Krzysztof Adam Kowalczyk: Szef NBP w butach polityka

Nie inaczej było z dwoma wywiadami dla tygodnika „Sieci”. W poniedziałek do kiosków trafiło wydanie ze zdumiewającym wywiadem z Adamem Glapińskim. Prezes NBP ujawnia w nim spisek przeciwko Polsce, do realizacji którego został skierowany Donald Tusk. Celem szefa PO ma być obalenie polskiego rządu, wprowadzenie euro, odebranie Polsce suwerenności, zatrzymanie procesu dozbrajania naszej armii (wiadomo, że to konstytucyjny obowiązek NBP) i przekształcenie naszego kraju w jeden z landów superpaństwa europejskiego, będącego de facto IV Rzeszą Niemiecką. Zdaniem Glapińskiego ten plan się nie uda, ponieważ nie da się przyjąć euro bez zmiany prezesa NBP, więc stoi on dziś na straży polskiej suwerenności. I właśnie dlatego jest atakowany.

Wszystko to byłoby nawet przekonujące dla twardego elektoratu, gdyby Glapiński sam sobie nie przeczył. Bo z jednej strony jest tak potężną osobą, że sam może uratować suwerenność Polski, ale z drugiej, pytany o to, czy nie jest czasem winny inflacji, twierdzi, że władza szefa NBP jest bardzo ograniczona. „Żaden prezes żadnego banku centralnego nie sprawuje jednoosobowej władzy (...) dokumenty dotyczące polityki monetarnej, decyzji NBP powstają z udziałem dziesiątek, setek ludzi. A decyzje podejmuje Rada Polityki Pieniężnej”. Logiczne. PO krytykuje prezesa Adama „wszystko-mogę” Glapińskiego, który sam broni Polski przed Niemcami, lecz na inflację nie ma wpływu prezes Adam „nic-nie-mogę” Glapiński.

Jeśli lider partii rządzącej i nominowany przez niego szef banku centralnego w roku 2022 porównują swoją sytuację do ofiar prześladowań totalitarnych reżimów XX w., to znaczy, że mamy problem.

Ale to niejedyny raz, gdy szef NBP sam sobie przeczy, zupełnie nie niepokojony przez prowadzących wywiad. Choć sam upatruje kluczowej roli Tuska w spisku przeciw Polskiej suwerenności, mówi tak: „Identyfikowanie zła z jedną osobą jest skrajnie nieodpowiedzialne, w duchu najgorszych totalitarnych wzorców. Wskazanie na jakąś grupę społeczną, narodowość, człowieka jako tych winnych i kierowanie na nich złości, niechęci jest skrajnie destrukcyjne dla państwa”. Po czym znów jedzie po Tusku, a Platformę porównuje do komunistów, którzy instalowali w Polsce komunizm. „Ludzie realizujący w Polsce ten plan to są bezsprzecznie źli ludzie”. A więc, gdy Platforma krytykuje Glapińskiego, to jest nieodpowiedzialne i niszczące dla państwa, ale gdy Glapiński krytykuje Tuska i Platformę, to przejaw patriotyzmu...

Czytaj więcej

PiS ogłasza kiedy Kaczyński wznowi objazd po Polsce. "Prezes nie przerwał objazdu, było zaplanowane"

Okładkę, na której umieszczono jego twarz, przyrównuje do antysemickich okładek „Der Stürmera”, swoich krytyków oskarża zaś o korzystanie z „najgorszych totalitarnych wzorców”. A zatem – ni mniej, ni więcej – tylko prezes Glapiński, niedawno wybrany na drugą kadencję przez PiS, które rządzi w Polsce od siedmiu lat i ma pełnię władzy, porównuje się do ofiar antysemickiej propagandy w nazistowskich Niemczech. A czy może być przykład większego politycznego cynizmu niż przyrównywanie swej sytuacji, uprzywilejowanego członka establishmentu, zarabiającego miliony, mającego ogromne wpływy, do Żydów w III Rzeszy?

No i właśnie, gdy po lekturze wywiadu z Glapińskim zadawałem sobie to pytanie, tygodnik zareklamował swoją kolejną rozmowę. Tym razem dziennikarze „Sieci” wysłuchali Jarosława Kaczyńskiego. „Wrócę jeszcze do obrzucenia pana samochodu. Mało kto pamięta, że taki był pierwszy zamach na księdza Jerzego Popiełuszkę” – podrzuca tezę niepokorny dziennikarz. „I to przez tych samych ludzi, którzy go potem zamordowali. Wtedy to były kamienie, teraz jajka” – odpowiada prezes. „Sam fakt, że rozmawiamy, czy wskutek działania ludzi opozycji doszło do wypadku, czy nie, pokazuje, z kim mamy do czynienia”. Prezes partii, która ma chyba największą władzę w Polsce po 1989 r., podłapuje narrację porównującą jego sytuację do bł. ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego przez służby totalitarnego państwa, jakim była PRL pierwszej połowy lat 80.

Jeśli lider partii rządzącej i nominowany przez niego szef banku centralnego w roku 2022 porównują swoją sytuację do ofiar prześladowań totalitarnych reżimów XX w., to znaczy, że mamy problem. Czy obaj całkiem oderwali się od rzeczywistości i nie zdają sobie sprawy, co mówią, funkcjonują gdzieś w intelektualnych zaświatach? To byłoby fatalną wiadomością. Czy może – co byłoby jeszcze gorsze – mówią to całkiem świadomie, a więc z rozmysłem łamią wszelkie zasady cywilizowanego dyskursu, pokazując, że nie ma takich granic etycznych, których nie są w stanie przekroczyć, by tylko osiągnąć stawiane sobie cele polityczne?