Autorki artykułu „Okrutna gra zdjęciami ofiar" („Rzeczpospolita" z 4 maja 2021 r.) w krótkim, ale ważnym tekście zwracają uwagę na coś, co w zderzeniu z katastrofą smoleńską wydaje się drugorzędne i mało znaczące. A jednak... Trudno nie zadać pytania o to, dlaczego w internecie, począwszy od 2012 r., wciąż są dostępne wstrząsające, drastyczne zdjęcia ofiar katastrofy smoleńskiej? Kilkadziesiąt zdjęć wykonanych na miejscu tragedii 10 kwietnia 2010 r. wciąż znajduje się na wielu portalach: angielskich, rosyjskich, francuskich, amerykańskich. Są ogólnodostępne, nieszyfrowane, łatwo na nich rozpoznać osoby, które zginęły w tej katastrofie. Kto zrobił zdjęcia i dlaczego je opublikował?

Prośby bez odpowiedzi

Izabela Kacprzak i Grażyna Zawadka szukają informacji, by zrozumieć. A czytelnik ich artykułu nadal nie znajduje odpowiedzi na ważne pytania:
- dlaczego polskim służbom i śledczym mimo wielu prób nie udało się zablokować publikacji tych zdjęć;
- dlaczego, mimo że ABW poprosiła szefa FSB o wyjaśnienia, a także zwróciła się do partnerów zagranicznych (Ukraina, Niemcy, USA, Rosja) o pomoc w identyfikacji osób (osoby?), które te zdjęcia umieściły w internecie, do dzisiaj takiej pomocy nie uzyskała;
- dlaczego prośba ABW i Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga skierowana do administratorów serwerów o zablokowanie witryny i usunięcie tych wstrząsających fotografii została zbagatelizowana.

Z analiz ABW wynika, że zdjęć nie zrobili polscy funkcjonariusze obecni na miejscu katastrofy. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że zdjęcia pochodzą z rosyjskiego śledztwa, które wciąż trwa (?), i są częścią rosyjskiej dokumentacji z miejsca tragedii. Autorki piszą, że w ramach pomocy prawnej udało się polskim śledczym przesłuchać Rosjanina, który wrzucił zdjęcia na serwer. Stwierdził, że otrzymał je w anonimowym mailu. Mimo próśb polskiej strony Rosjanie nie podjęli próby wyjaśnienia tej sytuacji.

Czy możliwe jest, by na miejscu katastrofy znalazły się przypadkowe osoby, którym pozwolono robić zdjęcia? Czy możliwe jest, by te „przypadkowe osoby" wysłały je w świat, a służby śledcze Rosji nie potrafiły do dzisiaj ich zidentyfikować? A może zdjęcia zrobili Rosjanie prowadzący prace na miejscu katastrofy i któryś z nich prywatnie wysłał je anonimowo, mailem do przesłuchiwanego Rosjanina? Mało prawdopodobne.

Jak zdobyć dominację

Do tej listy pytań dodam jeszcze jedno, które Mariusz Cieślik sformułował w swoim felietonie „Smoleńsk nieprzedstawiony" („Rzeczpospolita" z 16 kwietnia 2021 r.): „dlaczego wciąż nie doczekaliśmy się wybitnego dzieła o katastrofie smoleńskiej"? Ośmielam się sformułować taką oto odpowiedź. Nawet gdyby katastrofa smoleńska była spowodowana zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności, niezawinionych ani przez pilotów, ani przez kontrolerów lotu, wszystko, co za sprawą strony rosyjskiej działo się po katastrofie, można podsumować jednym zdaniem: wykorzystano ją, by upokorzyć polskie państwo i polskie społeczeństwo. Upokorzyć w możliwie najbardziej dotkliwy, brutalny i bezwzględny sposób. Nad upokorzonymi łatwiej zdobyć przewagę polityczną i medialną, łatwiej nimi manipulować, kontrolując sytuację. Ludzie upokorzeni, podobnie jak upokorzone politycznie państwo oraz jego instytucje, tracą poczucie własnej wartości, a więc także zdolność do niezależnego działania. Z omawianego artykułu wynika, że takie państwo jest bezsilne nawet w tak oczywistej sprawie, jak ustalenie autora zdjęć ofiar katastrofy i zablokowanie ich publikacji.

Upokorzenie to skuteczna metoda uzyskania przewagi, a więc także dominacji nad upokorzonymi. Obniżenie poczucia własnej wartości czyni człowieka podatnym na emocje i manipulacje, a więc – bezsilnym.

Gdy nie byliśmy sami

I na zakończenie odpowiedź na pytanie Mariusza Cieślika. Jak długo będziemy uciekać od zrozumienia, że zarówno my, obywatele, jak i nasze państwo zostaliśmy dotkliwie upokorzeni tym wszystkim, co za sprawą strony rosyjskiej wydarzyło się po katastrofie, tak długo nie będziemy w stanie „przełożyć" tego doświadczenia na wiarygodny, a zarazem znakomity artystycznie film. Zawsze, także w codziennych relacjach, trudno poradzić sobie z upokorzeniem. Po cóż bowiem używalibyśmy sformułowań: idiotka, debil, kretynka, zdrajca, gdyby nie chodziło o odebranie obrażanemu poczucia własnej wartości, a więc obniżenie jego poczucia pewności siebie i przekonania o swoich prawach.

Upokorzenie jako skuteczna metoda podporządkowania sobie innych było znane i stosowane także przed 2010 r. Przypominam, że w PRL zmuszano nas (w szkołach, mediach i pracach historyków) do podtrzymywania kłamstwa o Niemcach jako sprawcach zbrodni katyńskiej. A wcześniej, zarówno pod rosyjskim zaborem, jak i w czasach PRL, nieprzypadkowo przemilczano i bagatelizowano znaczenie Konstytucji 3 maja.

Z upokorzeniem można sobie poradzić. Poradziliśmy sobie z kłamstwem katyńskim i deprecjonowaniem Konstytucji 3 maja. Może dlatego, że byliśmy świadomi intencji tych, którzy próbowali nas upokorzyć. A także dlatego, że nie byliśmy sami i mieliśmy dostęp do faktów. Dzisiaj dominuje upokorzenie.

Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji