Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:
- codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
- pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Michał Szułdrzyński
Na początku 2010 roku Donald Tusk, ogłaszając rezygnację ze startu w wyborach prezydenckich, podjął jedną z ważniejszych decyzji w swej politycznej karierze. Podobną, ale jeszcze ważniejszą, musi podjąć dzisiaj.
Dwa lata temu przewodniczący Platformy Obywatelskiej był naturalnym kontrkandydatem dla Lecha Kaczyńskiego. Wybory 2010 roku miały być nie tylko przejęciem przez PO pełni władzy, lecz również zemstą za klęskę pięć lat wcześniej. Jednak Tusk zdawał sobie sprawę, że logika nie tylko wyborów, ale też sprawowania samego urzędu prezydenckiego jest zupełnie inna niż logika wygrywania wyborów do Sejmu i rządzenia państwem. Dobrze to widać dziś, gdy Bronisław Komorowski bije rekordy społecznego zaufania i co jakiś czas robi premierowi drobną złośliwość a to wyśle jakąś ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, to wezwie na dywanik kilku ministrów (co doprowadza premiera do furii), to wreszcie zdystansuje się od jakiegoś pomysłu rządu. Ale taka jest, odmienna, logika tych urzędów: z punktu widzenia premiera to, co dobre dla partii, jest dobre dla państwa. Z punktu widzenia prezydenta może być zupełnie inaczej.
W dodatku dla Tuska, jako szefa Platformy, prezydentura, choć dawała jego środowisku pełnię władzy w państwie, oznaczała konieczność zrezygnowania z kierowania partią. Jego interesowała jednak realna władza, a więc stanie na czele zwycięskiej partii i ponowne objęcie fotela szefa rządu.
Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji: