Według lewicowych elit liberalna demokracja nie polega bowiem na realizowaniu woli większości wyborców, ale na postępowaniu zgodnie z przykazaniami Daniela Cohn-Bendita i Guya Verhofstadta.

Zachowanie części eurodeputowanych i podążających za nimi mediów jest poważnym objawem kryzysu Unii. Jeśli bowiem mały kraj (a Węgry są państwem niedużym) postanawia działać samodzielnie, niekoniecznie w zgodzie z wolą najbardziej wpływowych, to nieustannie rzucane są mu kłody pod nogi.

Węgry najpierw potępiano za wprowadzanie podatku kryzysowego, m.in. na hipermarkety, czy podatku od transakcji bankowych. To było niezgodne z zasadami demokracji i wolnego rynku. Ale nagle okazało się, że Unia może próbować narzucić horrendalny podatek na obywateli innego małego państwa – Cypru, i to już jest zgodne z europejskimi normami. Więcej – jest to demokratyczne i wolnorynkowe zagranie.

Najpierw węgierscy socjaliści przez lata mogli bezkarnie okradać swoje państwo, a gdy wyszło to na jaw, w Unii nikt się nie oburzył. Nikt nie zaprotestował, gdy socjalistyczne władze okładały pałami niegodzących się z tym procederem węgierskich obywateli. Ryk protestu w Unii podniósł się dopiero wtedy, gdy socjaliści zostali zmiażdżeni w wolnych wyborach przez dość umiarkowaną partię centroprawicową. Wtedy zaangażowani zostali nie tylko lewicowi intelektualiści i media, ale także uruchomiono wszelkie procedury, które mogą utrudnić życie Węgrom i zablokować reformy wprowadzane przez rząd Viktora Orbana.

Tymczasem legitymizacja rządu Orbana jest o niebo większa niż Komisji Europejskiej i wszystkich eurodeputowanych razem wziętych.

Dziś widać już jednak wyraźnie, że siła zacietrzewionych lewicowych elit powoli słabnie. We wtorek Viktor Orban spotkał się z politykami z różnych krajów należących do Europejskiej Partii Ludowej. Precyzyjnie tłumaczył, na czym polegają wprowadzane przez jego ekipę reformy. Na koniec – o zgrozo! – dostał burzę oklasków! Czyżby Europa zaczynała trzeźwieć?

Autor jest prezesem Instytutu Wolności