Japonia chciała narzucić pozostały krajom regionu nowy ład, lepszy, bo japoński. Wszyscy mieli się podporządkować z Chinami na czele, mimo iż pod względem kulturowym to Japonia powinna czuć się dłużnikiem Państwa Środka. 18 września rozpoczęto coś, co następnie przerodziło się w międzynarodowy konflikt, pociągało za sobą dziesiątki milionów ofiar i do tej pory wywołuje napięcia na linii Tokio – reszta Azji Południowo-Wschodniej. Z Chinami na czele.

Kalendarz pełen historii

Koniec lata to dla Japonii i Chin czas wielu rocznic. Rozpoczyna Japonia obchodami zrzucenia bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki, 6 i 9 sierpnia. Następnie 15 sierpnia świętuje się kapitulację cesarza i kraju. Chińczycy z kolei cieszą się 3 września, bo wtedy można przypominać sobie o oficjalnej kapitulacji, która miała miejsce dzień wcześniej, 2 września 1945 roku na pokładzie amerykańskiego pancernika USS Missouri. To tam japońska delegacja podpisywała dokumenty o ostatecznym poddaniu się aliantom. Wreszcie 18 września to w Chinach okazja do wspominania incydentu wywołanego w mieście Shenyang (to nazwa chińska, mandżurska to Mukden) z 1931 roku. Można wywiesić antyjapońskie hasła, ponarzekać na samurajów i wschodzące słońce.

Czas biegnie do przodu i te „anty" nastroje powinny gasnąć, jednak tak się nie dzieje. Każda ze stron politycznie potrzebuje ich, by móc wpływać na sposoby myślenia swoich obywateli. Gdy jednak przestaje się chcieć narzekać, można przystąpić do robienia pieniędzy. Szybko okazuje się, że granice i przynależność państwowa przestają mieć tak duże znaczenie.

Giełda po wojnie

19 września, dzień po rocznicy incydentu mukdeńskiego, na nowojorskiej giełdzie zadebiutuje chińska firma Alibaba. Rynek nie może się doczekać tego wydarzenia od miesięcy, spodziewany jest największy w historii branży IT debiut na parkiecie. Chińczycy mają pozyskać nawet 25 mld dolarów, co na warunki IPO jest kwotą astronomiczną. Wiadomo, że zarobi każdy, poziom tego spodziewanego zysku pozostaje jeszcze niewiadomą. Na udziałach w chińskiej Alibabie wzbogaci się także Japonia, a konkretnie firma SoftBank. Jej prezes, Masayoshi Son, dzięki rosnącej cenie akcji spowodowanej tym, że do SoftBanku należy 34 proc. akcji chińskiego koncernu, stał się właśnie najbogatszym człowiekiem w swoim kraju.

Do tej pory najwięcej na koncie miał przedsiębiorca z branży odzieżowej, prezes Fast Retailing, właściciela m.in. znanej w Japonii marki Uniqlo, Tadashi Yanai. Jednak posiadane przez niego 16,2 mld dolarów musiało ustąpić miejsca 16,6 mld Masayoshiego Sona. Wszystko dzięki wzrostowi akcji SoftBanku o 16 proc. od początku połowy września. Majątek Sona najprawdopodobniej jeszcze urośnie, bo debiut Alibaby dopiero nastąpi.

Każdy może wygrać

Zmiana na czele listy japońskich bogaczy została ogłoszona 17 września, w dniu, w którym swoją wizytę w Indiach rozpoczął chiński prezydent. Xi Jingping wybrał ten moment także nieprzypadkowo, spotkał się z niedawno wybranym indyjskim premierem Modim w dniu jego urodzin. Wystawny bankiet, negocjacje gospodarczo-polityczne toczone nad malowniczą rzeką, to wszystko także miało znaczenie symboliczne. Chińska delegacja musiała przebić japońskie obietnice zwiększenia wymiany handlowej, żeby wyjść na tych lepszych. Ponad 50 mld dolarów z Tokio to blisko połowa 100 mld obiecywanych przez Xi Modiemu. Walka o pierwszeństwo w Azji w 83 lata po incydencie, o którym wciąż się pamięta, nabiera coraz bardziej agresywnego i konkretnego wymiaru. Zwycięzców może być wielu, bo na rozkręcaniu się ekonomii Japonii i Chin zyskają wszystkie kraje w regionie.