Wśród planów odbudowy kraju po ewentualnym wecie w sprawie budżetu UE jeden się zdecydowanie wyróżnia. Plan oparty na głębokiej wiedzy ekonomicznej i odrzuceniu niewolniczego poczucia niższości wobec Zachodu. Plan alternatywnego, polsko-węgierskiego, funduszu odbudowy. Nie ma się z czego śmiać, spełnia on wszystkie nasze oczekiwania, a nawet wykazuje zdecydowaną wyższość wobec propozycji unijnej.

Zacznijmy od skali. W ramach projektu unijnego w latach 2021–2023 mieliśmy dostać 60 mld euro, a Węgry 15 mld (ale tylko w połowie granty, a w połowie nisko oprocentowane kredyty). Sądzę, że wspólnie z Węgrami mamy realne szanse stworzyć fundusz grantów podobnej wielkości – też 30–40 mld (oczywiście złotych, a nie euro). Mamy jednak w rezerwie ruch jeszcze bardziej radykalny: jeśli zdecydujemy się na operowanie walutą węgierską, możemy z łatwością uruchomić fundusz o skali ponad 3 bln! (Forint to niewiele więcej niż grosz). To musi otworzyć oczy niedowiarkom.

Po drugie, możemy znacznie ułatwić korzystanie z tego funduszu, nie stawiając żadnych biurokratycznych przeszkód i wykorzystując go np. na realizację ambitnego planu przekopania kanału łączącego Dunaj z Wisłą, pozwalającego na uruchomienie lukratywnych rejsów na trasie Budapeszt–Warszawa, z wykorzystaniem budowanego od czterech lat promu „Batory".

Po trzecie, możemy łatwo uniknąć pułapek wynikających z propozycji unijnej. Bruksela chce stworzyć fundusz, emitując nisko oprocentowane obligacje, sprzedawane w imieniu całej Unii, a więc gwarantowane w największym stopniu przez Niemcy. Jednak pożyczka to pożyczka, a odsetki to odsetki. Tymczasem nasz fundusz można byłoby stworzyć w sposób znacznie bezpieczniejszy i finansowo neutralny – po prostu Polska pożyczyłaby pieniądze Węgrom, a Węgry Polsce. Uniknęlibyśmy w ten sposób krępującej sprzedaży obligacji inwestorom, złośliwych ocen agencji ratingowych, moglibyśmy ustalić oprocentowanie na zerowym poziomie, a ani nasze, ani węgierskie zadłużenie netto ani o grosz by nie wzrosło.

Po czwarte, tę jakże atrakcyjną propozycję moglibyśmy również złożyć osamotnionym Brytyjczykom, którzy z wdzięcznością przyjmą pomocną dłoń po szoku, jakim może się okazać brexit bez umowy. Dokładać się do naszego funduszu pewnie nie zechcą, ale może zdołamy ich namówić do przyjęcia części zgromadzonych w nim pieniędzy w postaci grantów. Oczywiście, z punktu widzenia Londynu nie byłyby to zbyt wielkie pieniądze, ale przecież liczy się gest, a nie kwota. Gdyby chcieli więcej, zostaliby przecież w Unii.

I w ten sposób moglibyśmy stworzyć podwaliny nowej Unii. Póki co polsko-węgierskiej, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Wymienialibyśmy się dostawami pierogów i gulaszu, organizowalibyśmy szczyty u podnóża Tatr, życzliwie dzielilibyśmy się budżetem nieobjętym klauzulą „pieniądze za praworządność", instytucje unijne zapewne umieścilibyśmy w Budapeszcie (jest tam podobno znacznie bogatsze nocne życie towarzyskie niż w Brukseli).

A wspólny język, w którym toczylibyśmy negocjacje i którego uczyłyby się dzieci w obu krajach? Znając talenty negocjacyjne Viktora Orbána, zapewne byłby to węgierski.