Autorzy – znani ekonomiści m.in. z Uniwersytetu Princeton , ETH w Zurychu i instytutu IFO zatytułowali go: „Szwajcaria – relikt przeszłości, czy model dla przyszłości".
Zadziwiające, jak mało wiemy o fenomenie Szwajcarii. Banki, zegarki, brak wojen - na tym kończy się potoczna wiedza, która trochę tłumaczy szwajcarski sukces, ale tylko trochę. Raport EEAG zwraca uwagę na inne cechy systemu politycznego i gospodarczego Szwajcarii, które przyczyniły się do jej sukcesu i być może powinny być rozważane, jako pewien model dla Europy. Po pierwsze Konkordanzdemokratie, czyli ...no właśnie, nawet nie znalazłem w słownikach internetowych tłumaczenia na polski, autorzy też nie przetłumaczyli na angielski. Ale z grubsza chodzi o system konsensualnej demokracji, uzgadnianej, takiej, w której umawiamy się w wielu sprawach, szukamy i docieramy kompromis. Jej symbolicznym wyrazem jest skład zaledwie 7- osobowego rządu, w którym wszakże zawsze reprezentowane są wszystkie główne partie i kantony.
Po drugie, decentralizacja, demokracja bezpośrednia, referenda, słowem układ władzy od dołu, od 2500 komun, w których wiele decyzji zapada na zebraniach mieszkańców, a nie od góry jak w europejskich państwach narodowych. „Konfederacja Szwajcarska nie polega na kulturowej homogeniczności, która wytwarza konsensus wokół zcentralizowanych instytucji (...) Szwajcarzy są powiązani relatywnie luźnymi więzami wynikającymi z pragmatycznej świadomości, że wspólne problemy wymagają wspólnych rozwiązań". Czyż nie jest to ładne?
Po trzecie - budżet państwa mniejszy od budżetów kantonów. W Polsce budżety wszystkich samorządów są kilkakrotnie mniejsze niż budżet państwa, a i to zasilane w połowie z budżetu centralnego. I pomyśleć, że Rzeczpospolita miała być samorządna.
Po czwarte - wolny rynek, klimat przyjazny dla biznesu, ograniczona redystrybucja dochodów, a także konkurencja podatkowa między kantonami. Redystrybucja w relatywnie ubogiej Polsce przekracza znacznie 40 procent PKB, w bogatej Szwajcarii wynosi nieco ponad 30 procent. Szwajcarzy nie boją się konkurencji podatkowej wewnątrz kraju, miedzy kantonami. Tej samej konkurencji, którą Europa najchętniej by zlikwidowała, rozdeptując Irlandię w trosce o francuski etatyzm.
Po piąte - decentralizacja oświaty do poziomu komun (szkolnictwo podstawowe) i kantonów (szkolnictwo średnie i większość wyższego). U nas jak wiadomo rząd wkrótce sam napisze jeden ogólnonarodowy podręcznik dla maluchów.
Po szóste - hamulec dla długów. Ten hamulec działa na szczeblu federalnym, budżet ma nadwyżki i dług publiczny zmniejsza się. My mamy liczne progi i reguły, tylko dług albo rośnie, albo trzeba skonfiskować oszczędności emerytów, żeby się w jednym roku zmniejszył (w następnym znowu będzie rósł). Szwajcarski hamulec działa także na szczeblu kantonów. Od czasu jak w 1998 roku upadł Leukerbad wiadomo, że rząd federalny nie będzie ratował kantonów czy komun, które zbankrutują. Kantony pozostawione zostały same sobie również wtedy, gdy ich kantonalne banki miały w latach 90. kłopoty. U nas na odwrót – rząd rozrzutnych będzie ratował, pożyczy pieniądze , zrobi specjalną ustawę itd. Ba, ci co bankrutują mogą po prostu demonstracyjnie nie płacić podatków (patrz przykład Mazowsza i pana Struzika) – rząd przymknie oczy.
To są fundamentalne różnice organizacyjne, w systemie państwa, w gospodarce. Oczywiście nie ma szans, by Polska poduczyła się ze szwajcarskiej lekcji. To nie fatum, nie historia, lecz kultura.