Prezydent nie ograniczył się do stwierdzenia, że podpisuje ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych, ale dokonał całościowej oceny sytuacji gospodarczej Polski. Oceny nieco dziwnej i wymagającej ekonomicznego komentarza.

Dlaczego „dziwnej”? Dlatego, że była połączeniem stwierdzeń nie nieulegających wątpliwości z takimi, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Oczywiście nie ośmielę się krytykować za to głowy państwa, zwłaszcza że prezydent nie musi znać się na ekonomii (o ile pamiętam, Karol Nawrocki sam przyznał to podczas przedwyborczej rozmowy ze Sławomirem Mentzenem).

Czytaj więcej

Finanse publiczne „idą na ścianę”, a premier kłamie. Karol Nawrocki uderza w rząd

Ale z drugiej strony, byłem kiedyś doradcą ekonomicznym prezydenta (oczywiście innego) i uważam, że w takiej sytuacji powinien dobrać sobie kompetentnych współpracowników. Najwyraźniej tego nie zrobił.

Orędzie prezydenta Karola Nawrockiego i kwestia zadłużenia Polski

Niewątpliwie słuszne są obawy prezydenta o stan finansów publicznych. Obniżka ratingu przez agencję Moody’s, a także projekcje pokazujące przekroczenie w ciągu kilku lat progów ostrożnościowych relacji długu publicznego do PKB, z możliwym konstytucyjnym progiem 60 proc. włącznie, to jeden z najpoważniejszych problemów, z którymi musi się zmierzyć polska polityka gospodarcza.

Z orędzia jednak jasno wynikało, że problem ten nie istniał za poprzednich rządów, kiedy „starczało na wszystko”, a zaczął się dopiero w ostatnich trzech latach. I tu, niestety, pan prezydent się myli. Dynamiczny wzrost polskiego długu zaczął się już od czasów pandemii w 2020 r., a rząd Mateusza Morawieckiego zadłużał kraj w stopniu niemal równie szybkim, jak rząd Donalda Tuska (nominalnie w złotych przyrost długu był mniejszy, ale złoty był wówczas więcej wart, niż obecnie).

Czytaj więcej

Krzysztof Adam Kowalczyk: Orędzie Karola Nawrockiego to nie koniec blame game pod „pylonami grozy”

Największym nieporozumieniem, które znalazło się w orędziu, była czarna wizja, że niedługo może zabraknąć pieniędzy na wypłatę emerytur. Gdyby prezydent poprosił o informację kompetentnych doradców, dowiedziałby się zapewne, że pieniędzy na ten cel z pewnością nie zabraknie. Płatności ZUS są gwarantowane przez budżet, a przypadek Grecji pokazuje, że nawet bankructwo państwa nie powoduje, że emeryci nie dostają świadczeń.

Karol Nawrocki mówił, że „Polska dochodzi dziś do finansowej ściany”. Nie na tym polega problem

Problemem nie jest wcale to, że Polskę niedługo czeka głęboki kryzys finansowy. Nasz dług publiczny szybko rośnie, co oczywiście wzbudza niepokój, ale jego poziom w relacji do PKB jest nadal umiarkowany. Mierzona według zasad unijnych relacja sięga obecnie 60 proc. (połowa krajów UE, z Niemcami włącznie, ma tę relację wyższą niż my), a według prognoz w ciągu najbliższych kilku lat przekroczy 70 proc. Owszem, Grecja stanęła w obliczu bankructwa, ale dopiero przy długu publicznym przekraczającym 180 proc. PKB!

Czytaj więcej

Debata budżetowa w Sejmie. Opozycja: „Minister dziura Domański”

Prawdziwy problem Polski nie polega wcale na tym, że „dochodzimy dziś do finansowej ściany”, ale że posuwamy się w złym kierunku. Kierunku, który można i trzeba zmienić. Wymaga to jasnego powiedzenia społeczeństwu: musimy poświęcać coraz większe środki na bezpieczeństwo państwa i obywateli (obronę i zdrowie), więc żeby się nie zadłużać, albo musimy zwiększyć dochody, albo ograniczyć stopniowo inne wydatki. Takiej prawdy nie mówi i nie chce mówić ani rząd, ani opozycja, ani sam prezydent.

Zamiast tego lepiej straszyć emerytów, że nie dostaną świadczeń. I obiecywać dalsze zwiększenie wydatków i obniżki podatków. Za rok wybory, po nich choćby potop.