Gdy wracałem dziś do domu na stacjach paliw smętnie mrugało 9,14 zł za litr diesla i 8,19 zł – benzyny 95. Zgroza, nawet jeśli auto – jak moje – połyka tylko 5,4 l/100 km. Nic dziwnego, że w kraju trwa od dawna blame game, kto za owe upiorne ceny odpowiada.
To polityczna rozgrywka tym ważniejsza, że owe cyferki ze stacji już przełożyły się na skok inflacji, a ta pewnie jeszcze w tym roku skłoni bank centralny do kolejnego „zjastrzębienia” i podwyżki stóp procentowych, co błyskawicznie przełoży się na płacone przez Nowaków i Kowalskich raty kredytów.
Czytaj więcej
Karol Nawrocki podpisał rządową ustawę wprowadzającą podatek od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych. - Chcę również jasno powiedzieć, że podpi...
Niespodziewany podpis prezydenta
Prezydent odpowiedzialnością za stacyjne „pylony grozy” oskarżał dotąd rząd, ale w orędziu zapowiedział, że wbrew wcześniejszym obiekcjom podpisze ustawę nakładającą tzw. windfall tax na firmy paliwowe zarabiające krocie właśnie dzięki eksplozji notowań ropy.
Zapowiedź późniejszego wysłania ustawy do niedziałającego Trybunału Konstytucyjnego nie ma znaczenia.
Nawrocki mówi Tuskowi „sprawdzam”
Ma natomiast znaczenie to, że składając swój podpis Karol Nawrocki mówi „sprawdzam” Donaldowi Tuskowi. Domaga się, by ten spełnił obietnicę i natychmiast doprowadził do obniżki cen paliw, i to do poziomu sugerowanego w kampanii wyborczej w 2023 r.
To zręczne posunięcie rodem z judo – wedle zasady przeciwnik popycha, to go pociągnij. Rząd bowiem atakował Nawrockiego sprytnie: deklarując, że uruchomi kolejną, trzecią już edycję programu Ceny Paliwa Niżej tylko pod warunkiem, że prezydent ustawę podpisze, co pozwoli sfinansować kosztowną interwencję (pierwszy CPN kosztował 4,7 mld zł, drugi – ok. 0,5 mld zł).
Kto naprawdę odpowiada za paliwową drożyznę?
Teraz rząd musi się wykazać. A prezydent i tak będzie mógł go krytykować – zażądał wszak obniżki do poziomu obiecywanego przed wyborami z 2023 r. Prawicowi politycy przypominają wypowiedź Donalda Tuska z wywiadu dla „Na temat”. Na pytanie, ile kosztowałoby paliwo po wygraniu przez niego wyborów obecny premier rzucił śmiało: 5,19 zł (ON i benzyna kosztowały zdrowo ponad 7 zł). Przy dzisiejszych cenach ropy 5,19 zł/l to marzenie ściętej głowy, więc blame game się nie skończy.
Prezydent ma rację, mówiąc w orędziu, że „trwa festiwal przerzucania odpowiedzialności” za drożyznę paliwową. Sam w nim bierze udział, pod rękę z premierem. I chyba liczy na to, że Polacy mają pamięć rybki Doris z „Gdzie jest Nemo”. Bo prawdziwego winowajcę nietrudno wskazać.
Ceny ropy – i paliw – wystrzeliły przecież po tym, jak jego idol Donald Trump dał się namówić Benjaminowi Netanjahu na wspólne uderzenie na Iran, a ten w odwecie zablokował cieśninę Ormuz.