Fakt, że udział wydatków zbrojeniowych Polski w PKB przestanie nam wystarczać do utrzymania pozycji lidera w NATO, nie powinien budzić zdziwienia. Kiedy Warszawa szybko nadrabiała lata zaniedbań, większość sojuszników grzęzła w bezproduktywnych sporach politycznych. Dlatego patrząc na wydatki państw bałtyckich i Polski, nie wolno zapominać o dwóch ważnych faktach.
Po pierwsze, ich inwestycje zbrojeniowe zaczęły się stosunkowo późno. Stąd konieczność przyspieszenia, które Warszawa ma już za sobą. Po drugie, w przypadku mniejszych państw nawet budowa podstawowych zdolności obronnych waży w ich PKB procentowo więcej niż w przypadku państw większych. Sfinansowanie batalionu czołgów to dla Litwy wydatek liczony w procentach, a dla Polski w setnych procenta PKB.
Czytaj więcej
Rząd przyjął ostateczną wersję projektu ustawy budżetowej na 2027 rok – poinformował minister finansów i gospodarki Andrzej Domański. Projekt obejm...
W rezultacie Polska, wydając na zbrojenia nawet mniejszą część swojego PKB niż państwa bałtyckie, buduje nieporównywalnie większą siłę militarną. Paradoksalnie zyskuje też obecnie więcej niż Niemcy, które nominalnie, licząc kwotowo, a nie procentem PKB, wydają znacznie więcej. Berlin ma bowiem poważne problemy z gotowością, zapasami i tempem zamówień.
Jest też inny aspekt: nie każdy wydany na nie dolar ma taką samą wartość. Prosty przykład: amerykański Abrams kosztuje od 12 do 15 mln dol. za sztukę. Chiński Type 99A kosztuje już tylko od 3 do 4 mln dol. Rosyjski T-90M, jak się szacuje, kosztuje zaś około 4,5 mln dol. Za jednego Abramsa Pekin czy Moskwa mogą zatem kupić trzy własne czołgi.
Patrząc na wydatki w ten sposób, szybko przekonamy się, że choć pod względem sumy dolarów wydawanych na obronność USA mają niemal trzykrotną przewagę nad Chinami, to jeśli uwzględnimy, co za te kwoty oba państwa mogą kupić, amerykańska przewaga nie jest już ani tak spektakularna, ani oczywista.