Nikt nie lubi płacić wyższych podatków i składek. 3,5 mln Polaków będzie mogło wręcz zapłacić mniejszy PIT za 2027 r., jeśli w życie wejdą zmiany zaproponowane we wtorek przez rząd. Ten pomysł to próba wybrnięcia z trudnej dla rządzącej koalicji zapowiedzi podwyżki kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, która padła w ostatniej kampanii parlamentarnej. Nie można jej jednak zrealizować z uwagi na stan finansów publicznych – potwierdza to tylko najnowszy dokument przyjęty przez rząd… tego samego dnia co projekt zmian w PIT, czyli strategia zarządzania długiem. Aby pokryć budżetowe ubytki w PIT ma wzrosnąć np. CIT dla największych firm czy danina solidarnościowa. Zobaczymy, jak w tym przypadku zachowa się prezydent Karol Nawrocki, który regularnie zarzuca rządowi doprowadzenie do katastrofalnego stanu finansów publicznych, ale nie zgadza się na proponowane podwyżki podatków (poza tym dla banków). Paradoks?

Przed nami kolejna fala obietnic

Polska tym samym znalazła się w budżetowym klinczu, a do tego z wyborczą perspektywą w 2027 r. Oznacza to jedno – nikt przed wyborami parlamentarnymi nie zaproponuje tak niepopularnych wśród wyborców haseł, jak cięcie wydatków, ich przegląd. Nawet o racjonalizację może być trudno. Któż by chciał się narazić na porażkę przy urnach? Czeka nas raczej kolejna fala obietnic, choć sytuacja budżetowej kasy wyjątkowo temu nie sprzyja. Finansowane na kredyt budżetowe prezenty, wprowadzane i przez tę, jak i poprzednią koalicję, mają swoją cenę. Same koszty odsetek od długu to już 100 mld zł rocznie.

Efekt braku budżetowej powściągliwości? Szybujący dług publiczny, który zbliża się do ostrzegawczego poziomu 55 oraz krytycznego konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Jeszcze kilka lat temu nikt nie myślał, że to będzie i nasz problem. Oczywiście czasy są nadzwyczajne, wydatki zbrojeniowe także są rekordowe, ale to nie jedyny powód finansowych napięć.

Czytaj więcej

Dług coraz bliżej progu ostrożnościowego. MF widzi ryzyko już w 2028 r.

Rząd wierzy we wzrost gospodarczy

Jakich zmian potrzeba, aby ten trend odwrócić? Proste rozwiązania są trzy: cięcie wydatków, ich racjonalizacja lub zwiększenie dochodów np. przez podwyżkę podatków. Jednak dotychczasowa strategia rządu była i chyba pozostaje także prosta: cała nasza nadzieja w szybkim wzroście gospodarczym. Jeśli bowiem PKB rośnie wystarczająco szybko, dług może zwiększać się nominalnie, a jednocześnie pozostawać pod kontrolą w relacji do wielkości gospodarki. Problem w tym, że przy tak mocno rosnących wydatkach państwa sama dynamika wzrostu gospodarczego może już nie wystarczyć. Sytuacja może się zrobić jeszcze bardziej skomplikowana i napięta, gdy gospodarka zwolni, np. w przypadku kryzysu z zewnątrz. A wtedy inwestorzy i tzw. rynki finansowe mogą wystawić rachunek za wieloletnią rozrzutność, serwując nam nagłą wyprzedaż polskich obligacji i przecenę złotego. Tylko czy na budżetową racjonalność nie jest już za późno? Następna koalicja, jakakolwiek będzie, może zostać zmuszona do rozpoczęcia rządzenia od podwyżki podatków.