Pierwsze pokolenie polskich kapitalistów nie znało pojęcia work-life balance. Budowali firmy po nocach, zastawiali mieszkania, wozili towar w bagażnikach własnych aut i przez lata nie wyjeżdżali na urlop. Dla wielu przedsiębiorców firma była całym życiem, szansą na awans i dowodem, że po dekadach gospodarki niedoboru i nakazów można wreszcie wziąć sprawy we własne ręce.
Dziś ci ludzie przekazują stery dzieciom lub zawodowym menedżerom. Następcy są często lepiej wykształceni, mają większe możliwości, ale nie czują potrzeby udowadniania swojej wartości morderczą pracą.
To paradoksalnie może być jeden z efektów udanej transformacji. Polska stała się krajem znacznie zamożniejszym, a wraz z poziomem życia zmieniły się oczekiwania. Podobny proces od dawna obserwujemy w Europie Zachodniej, gdzie właściciel firmy nie musi być jednocześnie najbardziej w niej zapracowany. Problem pojawia się wtedy, gdy nowi zarządcy mają słabszy apetyt na rozwój i sukces.
Czytaj więcej
Aż 73 proc. mikro, małych i średnich firm zakończyło ubiegły rok z zyskiem. Mimo to 38 proc. nie planuje w tym roku inwestycji, a większość nie zam...
Od głodu sukcesu do ochrony tego, co się ma
Najnowsze badanie mikro, małych i średnich firm pokazuje rzecz zaskakującą. Blisko trzy czwarte zakończyło ubiegły rok z zyskiem, ale 38 proc. nie planuje inwestycji, a kolejne 17 proc. jeszcze nie podjęło decyzji. Zwiększenie zatrudnienia zamierza zaledwie 13 proc. przedsiębiorstw. Oczywiście nie można tłumaczyć tych wyników wyłącznie zanikiem apetytu na sukces czy zmianą pokoleniową. Przedsiębiorcy wskazują wysokie koszty pracy i energii, konkurencję oraz niestabilność prawa. Być może jednak obserwujemy również coś głębszego – przechodzenie od gospodarki właścicieli gotowych zaryzykować niemal wszystko do gospodarki właścicieli, którzy mają już sporo do stracenia.
Gorzej, jeśli podobnie zaczynają myśleć tysiące przedsiębiorców. Polska może wtedy utknąć w gospodarce firm dobrych, rentownych, sprawnie zarządzanych, ale pozbawionych ambicji, by stać się czymś więcej. Tymczasem przewaga niskich kosztów pracy słabnie, a międzynarodowa konkurencja nie stoi w miejscu. Bez zdecydowanych inwestycji w technologię, automatyzację i nowe produkty coraz trudniej będzie zwiększać produktywność i wynagrodzenia. Polska potrzebuje też więcej przykładów średnich firm, które wyrastają na krajowych i międzynarodowych championów. Bez tego wszystkiego, po wygaśnięciu impulsu inwestycyjnego z KPO czy związanego ze zbrojeniami, nasza gospodarka może wyraźnie zwolnić tempo doganiania najbogatszych państw.
Państwo musi nadążyć za zmianą
Tu widzę ogromną rolę państwa. Ale nie we wskazywaniu przedsiębiorcom kierunków rozwoju czy sypaniu pieniędzmi, lecz w ułatwianiu im życia, ograniczaniu biurokratycznej mitręgi i zapewnianiu stabilności prawa. Trudno oczekiwać większej odwagi inwestycyjnej od właścicieli małych firm, gdy muszą rozgryzać kolejne przepisy, mierzyć się z rosnącymi kosztami zatrudnienia i składkami ZUS, prowadzić rozbudowaną dokumentację pracowniczą, a przy rozliczaniu VAT na zasadach ogólnych często finansować podatek, zanim kontrahent zapłaci fakturę. To tylko pierwsze z brzegu przykłady.
Oczywiście nawet najlepsze otoczenie prawne nie zastąpi głodu sukcesu. Może jednak sprawić, że tym, którzy wciąż go mają, łatwiej będzie przekuć ambicje w rozwój. To właśnie takie firmy mogą wprowadzić polską gospodarkę na kolejny poziom.