Mija rok od momentu, gdy Rada Ministrów uznała local content za jeden z priorytetów gospodarczych drugiej części obecnej kadencji. To dobry moment nie tylko na krótkie podsumowanie, ale także przedstawienie planów MAP, opisanie sukcesów i ograniczeń tego projektu. Od samego początku zwracaliśmy uwagę, że jest to projekt wieloetapowy, obliczany nawet na dekady. Funkcjonujemy na wspólnym europejskim rynku, w wolnorynkowej gospodarce, co dało Polsce ponad 35 lat nieprzerwanego wzrostu gospodarczego i niespotykany w świecie sukces gospodarczy. Local content nie jest i nie może być zaprzeczeniem fundamentów tego sukcesu (czyli integracji z UE i sojusznikami z NATO). Nie wspieramy protekcjonizmu, tylko dopełniamy program gospodarczy Polski o element, który funkcjonuje od dekad w prawie wszystkich rozwiniętych gospodarkach.

Nie chodzi o protekcjonizm

Specyfika projektu local content polega na tym, że nie można go wdrożyć ustawą, rozporządzeniem czy uchwałą rządu. Nie mówimy o zmianie prawa, tylko o dobrych praktykach, zdrowej presji na organy spółek państwowych i komunalnych, i – co najważniejsze – o zmianie sposobu myślenia o gospodarce, inwestycjach i zamówieniach publicznych. Zmiana mentalna jest zazwyczaj najtrudniejsza do wdrożenia, i nie myślę tutaj tylko o sposobie myślenia menedżerów i specjalistów ds. zakupów w firmach, ale także o zmianie sposobu myślenia u decydentów i tzw. opinii publicznej.

Czytaj więcej

Europa narzeka na siebie, świat chce w nią inwestować

Przez wiele lat w Polsce dominowało podejście, w którym sukces inwestycji mierzono przede wszystkim ceną, szybkością realizacji oraz samym faktem zakupu określonych technologii czy produktów. Zbyt rzadko zadawano pytanie o udział krajowego przemysłu, transfer technologii, rozwój własnych kompetencji czy budowę trwałych przewag konkurencyjnych. W efekcie nierzadko importowaliśmy gotowe rozwiązania, nie wykorzystując w pełni potencjału polskich przedsiębiorstw i polskich inżynierów. Nasi poprzednicy polityczni mający na ustach patriotyzm i gospodarczą niezależność zawierali wielkie kontrakty obronne, infrastrukturalne czy energetyczne, na których nie zyskiwali krajowi przedsiębiorcy – małe i średnie firmy będące symbolem naszego sukcesu gospodarczego – tylko zagraniczni kontrahenci i to często spoza UE i NATO. Dzisiaj ci sami politycy próbują krytykować local content, a sami nie podjęli wyzwania, nawet nie spróbowali zagospodarować rosnącego potencjału krajowych przedsiębiorców i nie wspomagali ich w starciu z zagranicznymi gigantami.

Wielkie inwestycje muszą pracować na Polskę

Implementacja local content zadecyduje o tym, czy za kilka lat Polska będzie jednym z liderów nowoczesnej polityki przemysłowej w Europie, czy pozostanie tylko gospodarką, z której sukcesu nasi przedsiębiorcy skorzystali tylko częściowo. Dlatego państwo nie może patrzeć na inwestycje wyłącznie przez pryzmat samych wydatków. Musi patrzeć także na to, jaka część wartości pozostaje w kraju, jakie kompetencje są budowane, jakie technologie zostają rozwinięte i jakie miejsca pracy powstają dzięki realizowanym projektom. I o tym jest local content.

Jeżeli Polska rocznie wydaje miliardy złotych na transformację energetyczną, modernizację infrastruktury, cyfryzację czy programy obronne, powinniśmy wszyscy zadać sobie pytanie: jaka część tej sumy pracuje na trwały rozwój naszej gospodarki, a nie trafia do światowych gigantów. Local content jest w świecie – w tym w krajach UE – powszechny, ale oparty często na sposobie myślenia, rekomendacjach, a nie na przepisach prawa. Podobnie jak czynią to kraje z rozwiniętymi gospodarkami, musi postępować również Polska.

Od początku zależało nam również na tym, aby local content rozwijać w pełnej zgodności z prawem Unii Europejskiej. Świadomie odrzuciliśmy pokusę prostych, populistycznych rozwiązań, które mogłyby dobrze wyglądać w przekazie politycznym, ale nie wytrzymałyby konfrontacji z europejskimi regulacjami. Chcemy budować system oparty na jakości, kompetencjach, innowacyjności, odporności łańcuchów dostaw i długoterminowej wartości dla gospodarki, wzorując się na innych europejskich krajach. To droga bardziej skuteczna.

Local content wychodzi z deklaracji

Rok temu przyjęliśmy zasadę, żeby budować solidne fundamenty programu local content. Przez ostatni rok wykonaliśmy właśnie taką pracę: specjalny zespół opracował definicję local content i kryteria krajowości podmiotów. Następnie przygotowaliśmy Kodeks Dobrych Praktyk Local Content, który został podpisany przez premiera i opublikowany przez KPRM. Kończymy proces wdrażania tych reguł w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. We wszystkich najważniejszych spółkach powołano pełnomocników ds. local content. Uruchomiliśmy dialog z organizacjami pracodawców, małymi i średnimi przedsiębiorcami oraz ekspertami. Wraz z GUS projektujemy narzędzia do monitorowania efektów programu – obecnie prowadzony jest pilotaż obliczania local content w energetyce morskiej.

Rozpoczęła się także szeroka debata m.in. o wartości tworzonej przez inwestycje publiczne. Hasło „Local content. Z korzyścią dla Polski” mocno rezonuje wśród przedsiębiorców, ekonomistów i decydentów – o wiele mocniej niż rok temu się spodziewaliśmy. Zarządy spółek z udziałem Skarbu Państwa pod naszym nadzorem działają już zgodnie z wytycznymi. Nie oznacza to, że zawsze zamówienia i przetargi wygrywają i będą wygrywać krajowe firmy. To tak nie działa. Nie mówimy o protekcjonizmie i gospodarce centralnej, ale o wyrównywaniu szans i budowaniu efektywnego ekosystemu gospodarczego. Jednocześnie każdemu kontrowersyjnemu przypadkowi przetargu wyłapanemu dzięki nadzorowi właścicielskiemu albo opisanemu w mediach (jeżeli nawet nie dotyczy spółek pod nadzorem MAP) przyglądamy się bardzo dokładnie. Oczywiście czynimy to zgodnie z prawem i obowiązującymi procedurami.

Nie tylko spółki Skarbu Państwa

Jedną z kwestii pomijanych czasami w publicznej dyskusji jest faktyczny zakres oddziaływania MAP. Bezpośredni nadzór właścicielski obejmuje określoną grupę spółek z udziałem Skarbu Państwa. W spółkach nadzorowanych przez MAP local content przestał być jedynie postulatem. Został wpisany do systemów zarządczych oraz KPI kadry menedżerskiej. Oznacza to, że zarządy nie tylko deklarują realizację tych założeń, ale są z nich rozliczane. Monitorujemy postępy, analizujemy efekty i oczekujemy konkretnych rezultatów. Te rezultaty już widać, ale dążymy do tego, aby była to zmiana systemowa w całej gospodarce.

Za wielomiliardowe projekty odpowiadają również inne ministerstwa, instytucje publiczne i samorządy. Dlatego local content nie jest przedsięwzięciem jednego resortu. Staje się wspólnym projektem całego państwa i do tego współdziałania zachęcamy wszystkich: administrację, organizacje pracodawców, kontrahentów, samorządowców oraz polityków, w tym polityków opozycji, których patriotyzm gospodarczy był do tej pory zazwyczaj fasadowy (co widać choćby w ich olbrzymim zaangażowaniu w rynek kryptowalut, które nie ma nic wspólnego z realną gospodarką i dobrobytem Polaków).

Najtańsza oferta nie zawsze jest najlepsza

Jeżeli miałbym wskazać instytucję, która może mieć istotny wpływ na przyszłość local content w Polsce, byłby to Urząd Zamówień Publicznych. Przez lata polskie zamówienia publiczne były w praktyce zdominowane przez kryterium najniższej ceny. Chociaż miało to swoje uzasadnienie historyczne, dzisiaj wyraźnie widzimy konieczność zmiany takiego podejścia i to się dzieje. Najtańsza oferta nie zawsze oznacza największą oszczędność. Państwo powinno brać pod uwagę nie tylko koszt zakupu, ale również bezpieczeństwo dostaw, transfer technologii, innowacyjność, rozwój kompetencji i wpływ inwestycji na gospodarkę. To właśnie tutaj local content spotyka się z nowoczesnymi zamówieniami publicznymi. Dlatego liczymy na ścisłą współpracę z UZP przy promocji dobrych praktyk, edukacji zamawiających i budowaniu nowego podejścia do oceny inwestycji publicznych.

Dodatkową rolę w tym planie odgrywa także Eliza Zeidler, sekretarz stanu w MAP, która od września na mój wniosek włączyła się w pracę zespołu ds. local content. Liczę, że będzie to wzmocnienie systemowego podejścia do tego projektu. Traktujemy bowiem wykonaną dotychczas pracę jako początek długiej drogi. Przed nami webinaria, spotkania z przedsiębiorcami, współpraca z organizacjami gospodarczymi, kolejne działania w spółkach z udziałem Skarbu Państwa oraz intensywny dialog z samorządami i innymi resortami. Zapraszamy do tej współpracy wszystkich interesariuszy. Od powodzenia local content zależy, czy historyczna fala inwestycji, której jesteśmy świadkami, stanie się jedynie okresem zwiększonych wydatków, czy też fundamentem nowego etapu rozwoju polskiej gospodarki na kolejne dekady.

Projekt na dekady, nie na jedną kadencję

Rok temu uznaliśmy local content za jeden z priorytetów rządu na drugą część kadencji i była to decyzja słuszna. Jednak local content nie jest projektem na rok ani na jedną kadencję. To projekt na dekady. Budowa silniejszych polskich firm i bardziej odpornych łańcuchów dostaw. Budowa kompetencji, które pozostaną w kraju niezależnie od zmian koniunktury czy sojuszy. To projekt, który może stać się jednym z najważniejszych kół zamachowych polskiej gospodarki w XXI wieku. Z korzyścią dla Polski.