Z historycznego punktu widzenia europejski wybór Kanadyjczyków nie byłby czymś aż tak wyjątkowym. Choć w przyjętej w roku 1777 pierwszej amerykańskiej konstytucji znalazł się artykuł zapraszający Kanadę do przyłączenia się do Stanów Zjednoczonych, Kanadyjczycy nie przyjęli oferty, wybierając wierność wobec Wielkiej Brytanii. W roku 1869 formalnie wybrali swoją przyszłość jako dominium, a więc należący do Imperium Brytyjskiego kraj, który z biegiem lat miał uzyskać pełną niepodległość (utrzymując związki z Londynem, od wspólnego monarchy poczynając). Nie wzbudziła też ostatnio entuzjazmu propozycja Donalda Trumpa zmiany statusu niepodległego państwa na 51. stan USA, w zamian za korzyści gospodarcze (popiera to 10 proc. Kanadyjczyków, 90 proc. jest przeciw).

Czy przystąpienie Kanady do UE byłoby wyobrażalne? Wbrew temu, co w ostatnim czasie często pisano, nie byłoby to formalnie niemożliwe. Do Unii może przystąpić każdy „europejski kraj” podzielający wspólne wartości. No tak, Kanada je na pewno podziela, ma też silną i dobrze rozwiniętą gospodarkę, problem w tym, że nie leży w Europie. Ale z geograficznego punktu widzenia w podobnej sytuacji jest Cypr (w całości położony w Azji). Uznano jednak, że kraj ten jest „europejski” ze względu na swoją kulturę i związki historyczne z Europą. Dlaczego nie można by podobnie potraktować Kanady, której większość mieszkańców to potomkowie Europejczyków, używane języki to angielski i francuski, a głową państwa jest Europejczyk (choć od czasu brexitu nie obywatel UE) Karol III?

Problemem jest natomiast sens ekonomiczny takiego wyboru. Gospodarka kanadyjska jest od wielu dziesięcioleci ściśle zintegrowana z gospodarką USA, do południowego sąsiada trafia niemal trzy czwarte eksportu (do Europy sześć razy mniej). Oczywiście, że Europie też przydałyby się dostawy kanadyjskiej ropy naftowej i innych surowców (40 proc. eksportu), a wzrost kanadyjskiego eksportu do Europy w minionym roku, po wprowadzeniu ceł Donalda Trumpa, w pełni skompensował spadek eksportu do USA. Ale kanadyjskie miasta i miasteczka do złudzenia przypominają amerykańskie, z tymi samymi sklepami, sieciami fast foodów i dealerami samochodów (różnią się tylko znaki drogowe w kilometrach, nie milach). A na dłuższą metę potężne siły ekonomicznej grawitacji, które powodują, że dobrze rozwijające się gospodarki ciążą w stronę jak najbliżej położonych, jak największych rynków, są bezwzględne. Amerykański rynek jest wciąż największy na świecie, w dodatku położony o rzut beretem (lub kapeluszem słynnej Królewskiej Policji Konnej).

Krótko mówiąc, z ekonomicznego punktu widzenia, jeśli Kanada ma się pomyślnie rozwijać, jest raczej skazana na ścisłą współpracę z USA. Obecne zaostrzenie relacji między obu krajami w rzeczywistości nie jest aż tak drastyczne, jak może się wydawać: dzięki umowie o wolnym handlu nadal 80 proc. kanadyjskiego eksportu do USA nie jest objęte cłami. A w dodatku Kanadyjczycy mają pełne prawo sądzić, że jak nie za 2, to za 6 lat prezydentem USA zostanie zapewne polityk życzliwiej do nich nastawiony.

Ale lekcja zostanie zapamiętana. Nie jest wcale dobrze być zdanym na kaprysy wielkiego sąsiada, znacznie lepiej mieć gospodarkę współpracującą również z innymi krajami. Kanada na pewno postara się znacznie wzmocnić swoje związki z Europą, być może nawet w formie stowarzyszenia z UE. Ale raczej do Unii nie przystąpi.