Z badania IBRiS przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej” wynika, że jedynie 15,6 proc. obawia się, iż konflikt na Ukrainie przeniesie się do Polski, odmiennie uważa aż 77,1 proc., a nie ma zdania 7,2 proc.
O obawach związanych z rozprzestrzenieniem się tego konfliktu mówią przede wszystkim wyborcy opozycji (19 proc.), kobiety (25 proc.), pięćdziesięciolatkowie (32 proc.), w równym stopniu mieszkańcy wsi oraz średnich miast (po 16 proc. wskazań). Tak myślą w równym stopniu zarówno osoby ze średnim, jak i wyższym wykształceniem (po 19 proc.). Największy niepokój odczuwają widzowie TV Republika (24 proc.), osoby, które deklarują poglądy prawicowe (18 proc.), które w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowały na PiS (27 proc.).
W grupie osób, które nie obawiają się rozlania wojny na terytorium Polski przeważają osoby, które nie uczestniczą w wyborach (78 proc.), mężczyźni (90 proc.), trzydziestolatkowie (91 proc.), mieszkańcy średnich miast (81 proc.), osoby z wykształceniem podstawowym lub zawodowym (94 proc.).
Kto nie czuje niepokoju, że wojna do nas zawita
Informacje o sytuacji na świecie czerpią przeważnie z mediów społecznościowych np. Facebooka, dawnego Twittera – teraz X lub platformy TikTok – tak wskazuje 83 proc. pytanych. Osoby te przeważnie deklarują poglądy prawicowe (82 proc.). W ostatnich wyborach parlamentarnych głosowali głównie na Konfederację (92 proc.).
Czytaj więcej
Z analizy trasy pocisku manewrującego wynika, że raczej nie miał on żadnego celu alternatywnego na Ukrainie i zmierzał dokładnie tam, gdzie miał ud...
Poproszony o komentarz do naszych badań prof. Maciej Milczanowski, były oficer Wojska Polskiego, historyk i politolog, zastępca dyrektora w Instytucie Nauk o Polityce Uniwersytetu Rzeszowskiego wskazuje na widoczny efekt przyzwyczajenia do wojny, „gdy nie ma ona bezpośredniego wpływu na nasze życie”..
– Zauważmy, że na zachodniej Ukrainie wiele osób żyje w miarę normalnie. Oczywiście muszą schodzić ciągle do schronów, bo grozi im ostrzał, jest też możliwość zwerbowania do wojska, jednak to właśnie aktywowanie alarmów pobudza taką realną świadomość trwania wojny. U nas niektórzy ludzie zupełnie zapominają o niej, gdy tymczasem ona się toczy z taką samą intensywnością od ponad czterech lat. Tylko nasza uwaga, nasza percepcja „odjeżdża” jakby od tej wojny, oddaliła się psychologicznie. Dopiero gdy ludzie co jakiś czas słyszą lub czytają w internecie o tym, co się dzieje na Ukrainie, do niej wracają. Zwróćmy uwagę, że alarmy, które były włączane w ostatnim czasie na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie tak bardzo oburzały ludzi, chociaż jednocześnie inni oburzali się na to oburzenie. Ja to rozumiem, bo my nie chcemy tej wojny mieć w świadomości, chcemy normalnie żyć – tłumaczy prof. Milczanowski.
Profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego: Polacy nie chcą widzieć zagrożenia
Jego zdaniem wyniki sondażu pokazują, że Polacy „nie tyle, że nie widzą zagrożenia, co bardziej nie chcą takiego zagrożenia widzieć”, nie chcą sobie uświadomić, że jest ono realne.
– Ale jestem przekonany, że w naszej podświadomości ta wojna ciągle tkwi. Dlatego ważne jest, żeby politycy nastawili się na działanie, uświadamianie zagrożeń, a nie na straszenie. Bo jeżeli uruchamiany jest alarm, a my wiemy, co mamy robić, gdzie się udać, to poczucie zagrożenia jest mniejsze, bo zastępuje je aktywność. Natomiast jeżeli tego nie wiemy, bo nie ma schronów oraz szkoleń, to wtedy rośnie nie tylko poczucie zagrożenia, ale także frustracja, oburzenie i złość, to staje się zaś pożywką dla teorii spiskowych – mówi nam pracownik naukowy Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Czytaj więcej
Napięcie historyczne nie odbiło się na przekonaniu Polaków, że w naszym interesie jest wsparcie militarne dla Ukrainy. Jednak aż 52,2 proc. badanyc...
Profesor krytycznie ocenia to, co do tej pory robiła „poprzednia i obecna władza, której przedstawiciele mówili, że „ta wojna się toczy, może nawet nam zagrażać, ale tak naprawdę nie musimy właściwie za dużo robić, oprócz kupowania czasu”. – To błędna strategia. Dopiero teraz ona się zmienia, bo premier zaczyna komunikować, że zagrażają nam drony, pociski, a prowokacje ze strony Federacji Rosyjskiej są bardziej realne. Ale jednocześnie nie ma schronów, nie widzę realnych działań nastawionych na odbudowę obrony cywilnej, w szkołach nie ma np. próbnych alarmów. To wszystko powoduje swoisty dysonans poznawczy w społeczeństwie. Ludzie zadają sobie pytanie – no to jak to jest – jest to zagrożenie, czy go nie ma? Moim zdaniem, żeby ludzie byli bardziej świadomi sytuacji wokół nich nie wystarczy powiedzieć, że jest zagrożenie, tak jak to robi premier, tylko trzeba realnych działań, które pokażą, że rząd naprawdę się tym zajmuje – komentuje Maciej Milczanowski.
Coraz mniejsze obawy Polaków
Wyniki tegorocznych badań przeprowadzonych na zlecenie „Rzeczpospolitej” pokazują, że od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny na Ukrainie poczucie pewności, że nie przeniesie się ona na terytorium Polski wzrasta.
Jeszcze w kwietniu 2024 r. z badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” wynikało, że 27,3 proc. Polaków obawiało się, że wojna, która ma miejsce w Ukrainie, przeniesie się do naszego kraju, odmienną opinię wyrażało 53,6 proc., a 19,1 proc. nie miało w tej sprawie zdania. Obawy związane z rozprzestrzenieniem się konfliktu sygnalizowały przede wszystkim kobiety, mieszkańcy wsi, osoby z wykształceniem podstawowym, wierzący i praktykujący, którzy nie identyfikowali się z tradycyjnym podziałem sceny politycznej na lewicę, centrum i prawicę. Tak twierdzili widzowie telewizji Republika, którzy w ostatnich wyborach parlamentarnych przeważnie stawiali na PiS.
W lutym 2023 r., czyli w rok po rozpoczęciu „gorącej” wojny na Wschodzie zadaliśmy takie samo pytanie. Wtedy co trzeci (32,4 proc.) respondent obawiał się, że wojna obejmie także Polskę, ale aż 61,7 proc. wykluczało taki scenariusz. Nie miało zdania 5,9 proc. pytanych.
Czytaj więcej
W zakresie alarmowania ludności cywilnej w Polsce o uderzeniu z powietrza panuje wolna amerykanka. Samorządy w różny sposób uruchamiają syreny alar...
Największe obawy związane z naszym bezpieczeństwem w kontekście konfliktu zbrojnego odnotowaliśmy na początku marca 2022 r., czyli w kilkanaście dni po rozpoczęciu wojny Rosji przeciwko Ukrainie. Wtedy 45 proc. respondentów zakładało, że wojna w Ukrainie nie przeniesie się na terytorium Polski, przeciwnego zdania było 34 proc., co piąty pytany (21 proc.) nie miał na ten temat zdania.
Rosja coraz bardziej eskaluje
Jak napisaliśmy w „Rzeczpospolitej” w ostatnich tygodniach nastąpiła kumulacja agresywnych działań ze strony Federacji Rosyjskiej wobec państw NATO, w tym Polski. Możliwe scenariusze działania Kremla w niejawnej formule przekazał szef CIA John Ratcliffe ministrowi koordynatorowi ds. służb specjalnych Tomaszowi Siemoniakowi. Wcześniej miała miejsce próba podpalenia budynku w Skarżysku-Kamiennej należącego do firmy zbrojeniowej WB Electronics, która m.in. wysyła statki bezzałogowe na Ukrainę. Z ustaleń polskich służb specjalnych wynika, że została ona zlecona przez Kreml.
Niepokój mieszkańców Lubelszczyzny i Podkarpacia związany jest z atakami rosyjskimi w pobliżu polskiej granicy, aktywnością polskich sił powietrznych na wschodzie kraju i alarmami, które ostrzegały ich przed możliwym uderzeniem z powietrza. Z tego powodu w stan gotowości zostali postawieni funkcjonariusze Straży Granicznej oraz wojska, a przejścia graniczne z Ukrainą zostały umocnione. Jednocześnie wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz (PSL) zapowiedział wzmocnienie w tym regionie obrony powietrznej.
Gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak, Dowódca Operacyjny ujawnił w „Rzeczpospolitej”, że rakieta manewrująca, która spadła na pole we wsi Tarnawa-Kolonia 30 lipca najprawdopodobniej celowo została skierowana w polskie terytorium. W poprzednim tygodniu premier Donald Tusk w Sejmie stwierdził, że jest realne ryzyko eskalacji ze strony Rosji. Wskazał między innymi, że „na teren któregoś z państw, bądź kilku państw NATO na wschodniej flance mogą wlatywać drony lub innego typu pociski, dokonywać nawet zniszczeń”.