Napisałam ostatnio żartobliwy post o znakach świadczących o tym, że praca w kancelarii być może nie jest dla kogoś. Możesz dostać maila o 17.58 i pomyśleć: „Odpiszę jutro”, a potem rzeczywiście tak zrobić. Możesz mieć termin za trzy tygodnie i zająć się sprawą wcześniej niż dzień przed jego upływem. Możesz wyjść z kancelarii i nie przypomnieć sobie w windzie o jednej rzeczy, którą trzeba jeszcze „tylko szybko zrobić”. Osobiście nikogo takiego nie znam.

Czytaj więcej

Joanna Parafianowicz: Wysyp ekspertów od… życia

Absurdalne zarzuty 

Dowcip, jak się okazało, nie dla wszystkich był dowcipem. W komentarzach pojawiły się bowiem zarzuty gloryfikowania pracoholizmu i toksycznej kultury pracy. Niektóre napisane tonem właściwym raczej dla reakcji na propozycję przywrócenia pracy dzieci w kopalniach niż na kilka żartów o prawnikach.

Pracoholizmu bronić nie zamierzam. Pracuję wystarczająco długo, żeby wiedzieć, ile potrafi kosztować życie podporządkowane pracy i jak łatwo pomylić zawodowe zaangażowanie z niezdolnością do wyłączenia telefonu. Nie uważam też, by liczba godzin spędzonych przy biurku była miarą wartości człowieka ani nawet jakości jego pracy. Kancelarie przez lata miały zresztą szczególny talent do przedstawiania rzeczy wymagających raczej zmiany organizacji jako dowodu zawodowego hartu ducha.

Tyle że wystarczy chwila nieuwagi, by z jednej skrajności popaść w drugą.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że do słusznego postulatu ochrony życia prywatnego dopisujemy przekonanie, iż dobra organizacja pracy powinna wyeliminować niemal wszystkie związane z nią niedogodności. Najlepiej bez telefonów po godzinach, stresu, przeciążenia, terminów psujących plany i sytuacji, w których po południu trzeba zrobić więcej, niż przewidywaliśmy rano. Tyle że nie każdą rzeczywistość da się urządzić według naszych oczekiwań, nawet jeśli te oczekiwania są całkiem rozsądne.

Czytaj więcej

Joanna Parafianowicz: Jak rodzą się stereotypy dotyczące cudzoziemców

Work-life balance w życiu adwokata 

Są zawody, w których można bardzo precyzyjnie oddzielić pracę od reszty życia. Są też takie, w których jest to znacznie trudniejsze. Adwokat nie wybiera terminu zatrzymania klienta, daty doręczenia pisma ani chwili, w której w sprawie wydarzy się coś wymagającego natychmiastowej reakcji. Można i należy organizować pracę tak, żeby takich sytuacji było jak najmniej. Nie sposób jednak sprawić, by przestały się zdarzać.

Jest jeszcze kwestia, o której mówi się chyba mniej chętnie. Jeżeli ktoś chce być naprawdę dobry w swoim zawodzie, musi poświęcić mu czas. Więcej czytać, więcej się uczyć, więcej pracować i zapewne częściej rezygnować z czegoś, co mógłby w tym czasie robić. Nie oznacza to siedzenia przy biurku po nocach przez 365 dni w roku. Ambicja zawodowa ma jednak swoją cenę. Nie każdy musi chcieć ją płacić i nie widzę w tym nic złego. Tak samo jak nie widzę niczego złego w tym, że ktoś chce ją zapłacić.

Być może wahadło musiało wychylić się w drugą stronę. Po latach chwalenia się nieprzespanymi nocami dobrze, że zaczęliśmy mówić o granicach, odpoczynku i życiu poza pracą. Gorzej, jeśli zaczniemy przy okazji traktować każdy większy wysiłek jako patologię, a każdą niewygodę jako dowód toksycznego środowiska.

Całkiem źle będzie natomiast, jeśli w ramach troski o dobrostan stracimy jeszcze poczucie humoru. Bo bez wolnego weekendu można czasem przeżyć. Bez dystansu do siebie i świata jest znacznie trudniej.

Autorka jest adwokatką i mediatorką, założycielką bloga www.pokojadwokacki.pl