Dla przypomnienia: wszystko zaczęło się 28 lutego, kiedy na Iran spadły pierwsze amerykańskie i izraelskie bomby, a cena baryłki ropy poszybowała najpierw z 70 do 95 dol., a kiedy Iran w odwecie zablokował Cieśninę Ormuz – do 110 dol.
Choć wydawało się, że wojna nie może trwać zbyt długo – bo przecież przewaga technologiczna Amerykanów i Izraelczyków jest przygniatająca – momentalnie pogorszyły się prognozy gospodarcze dla całego świata. W swojej kwietniowej prognozie Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył lekko tempo wzrostu globalnego PKB, za to podniósł o około 1 pkt proc. prognozę inflacji. Ale ponieważ Iran wcale się nie poddał, tylko zaczął się skutecznie odgryzać dronami i rakietami, nie oszczędzając infrastruktury petrochemicznej arabskich sojuszników USA, po czasowym spadku do 95 dol. ceny ropy znów wzrosły w maju powyżej 100 dol.
Coraz bardziej cierpiała światowa gospodarka, coraz wyższe ceny płacili za benzynę kierowcy w Polsce, Europie, ale – co zdumiewające – także w USA, największym producencie ropy na świecie (tam wzrosły niemal dwukrotnie). Teoretycznie prezydent Trump mógł, ze względu na nadzwyczajną sytuację, zakazać eksportu ropy i odciąć USA od globalnego rynku. Ale to nie spodobałoby się popierającym go producentom ropy i gazu… Więc zamiast tego usiłował doprowadzić wojnę do końca.
Czytaj więcej
Światowi dostawcy ropy z Bliskiego Wschodu skutecznie omijają cieśninę Ormuz, niwecząc dotychczasową strategię Iranu. Eksport surowca wrócił już do...
Radość z amerykańsko-irańskiego porozumienia, które na kilka lipcowych dni sprowadziło ceny ropy do poziomu sprzed wojny szybko wyparowała, kiedy okazało się, że jej końca wcale nie widać. Ceny wzrosły, więc ponownie powyżej 100 dol., inflacja w USA i strefie euro przekroczyła 3 proc., banki centralne lekko podniosły stopy procentowe. W USA wzrost PKB przyhamował do 2 proc., w Niemczech utrzymał się na dość nędznym poziomie 1 proc. I na razie nie widać szans na to, by perspektywy gospodarcze świata uległy znaczącej poprawie.
Co musiałoby się stać, aby sytuacja wróciła do normy, a na rynku ropy zapanował trwały spokój? Trwały, bo z cenowym rollercoasterem wcale nie mamy do czynienia od pół roku, ale od ponad pół wieku – ceny ropy raz gwałtownie rosną, raz na łeb na szyję spadają. Cóż, pewnie wystarczyłoby, aby na Bliskim Wschodzie zapanował pokój, a Izrael ułożył sobie pokojowe współżycie ze swoimi arabskimi sąsiadami (jak się wydaje, taką właśnie obietnicą premier Netanyahu skłonił prezydenta Trumpa do ataku na Iran).
No tak, ale trwały pokój na Bliskim Wschodzie pewnie nie zapanuje, bo tamtejsze problemy są nie do rozwiązania. Wszyscy chcą mieć Palestynę i powołują się na swoje odwieczne prawa do tej ziemi. Irańczycy i Arabowie uważają, że winny wszystkiemu jest Izrael, bo ją od kilkudziesięciu lat okupuje. Izraelczycy odpowiadają: to wy chcieliście nas zniszczyć, i w roku 1948, i 1967, i 1973. Arabowie na to: tak, bo to wy zaczęliście na nowo zasiedlać naszą Palestynę po wojnach światowych. Izraelczycy odpowiadają: tak, bo nas siłą stamtąd wygnano (zrobili to jeszcze Rzymianie). Na to muzułmanie: ale ta ziemia należy do nas, bo tu Mahomet spotkał się z Bogiem podczas Isry (Nocnej Podróży). A Izraelczycy odpowiadają: ale to nam Bóg obiecał tę ziemię, na tysiąc lat przed podróżami Mahometa.
Tak więc bliskowschodni spór w najlepsze trwa, a ceny ropy szaleją. A że będą pewnie szaleć aż do końca świata (tak jak spór o Palestynę), więc naprawdę lepiej rozejrzeć się za alternatywnymi źródłami energii.