Reklama

Tu mgliście, tam niespójnie

Brak wiedzy o elementarnych przedsięwzięciach wpływających na pozycję fiskalną w krótkim i długim okresie nie tylko zwiększa niepewność funkcjonowania podmiotów gospodarczych, ale też zasadniczo utrudnia prognozowanie makroekonomiczne – pisze główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Publikacja: 28.02.2016 20:00

Tu mgliście, tam niespójnie

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek

Chcielibyśmy wiedzieć, co z polityką fiskalną w 2017 roku. Komisja Europejska w ostatnio opublikowanym, wyważonym, ale zarazem trafiającym w sedno problemów, Country Report 2016 twierdzi, że deficyt sektora finansów publicznych w 2017 roku wyniesie 3,4 proc. PKB. Na udokumentowaną odpowiedź rządu przyjdzie nam zapewne poczekać do kwietnia, kiedy Polska powinna przedłożyć KE kolejną aktualizację programu konwergencji. Wtedy się dowiemy, co rząd zamierza po stronie dochodów, podatków i jakiej ścieżki konwergencji fiskalnej ma zamiar się trzymać. Mgła się trochę rozrzedzi, będzie można podyskutować o konkretnych liczbach.

Brak wiedzy o elementarnych przedsięwzięciach wpływających na sytuację fiskalną w krótkim i długim okresie, choćby zmiany kwoty wolnej od podatku, wysokości bazowej stawki VAT, ulg i zwolnień podatkowych, nowych danin lub wyłączeń, wysokości składek społecznych, wieku emerytalnego – nie tylko zwiększa niepewność funkcjonowania podmiotów gospodarczych, ale też zasadniczo utrudnia prognozowanie makroekonomiczne.

Modele z dużą wagą czynnika cyklicznego, na których pracują ekonomiści z sektora komercyjnego, nie mogą być odpowiednio doważone przez wprowadzenie do nich jakościowej oceny skutków zmian instytucjonalnych i regulacyjnych. Bo nie wiemy, co to będą za zmiany. Pytanie, czy zmiana kwoty wolnej albo inne zmiany podatkowe mają wpływ na popyt krajowy, jest przecież pytaniem retorycznym. Brak informacji o planowanych zmianach w finansach publicznych naraża nas na poważne błędy w prognozach, bo tym sposobem czynnik cykliczny musi w nich zyskiwać na wadze, co powoduje monotoniczne zwyżki lub spadki poszczególnych wskaźników.

Nie jest to sytuacja komfortowa dla żadnej osoby ani instytucji krajowej czy zagranicznej zajmującej się profesjonalnie prognozowaniem makroekonomicznym.

Plan Morawieckiego, czyli problem ze spójnością

Naszej luki w wiedzy o polityce gospodarczej wybiegającej poza rok 2016 raczej nie wypełnia wieloletni plan zarysowany przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

Reklama
Reklama

Po pierwsze, ma on charakter bardzo ogólny, kierunkowy; po drugie, obciążony jest grzechem braku spójności na szczeblu makroekonomicznym.

Zostawmy na boku ocenę hierarchii wybranych celów i dobór instrumentów w tym planie. Zostawmy też diagnozę stanu obecnego i wynikającą z tego terapię. Inaczej mówiąc: odłóżmy na bok wszystko, co może być przedmiotem sporów interpretacyjnych lub zarzutów braku wystarczającej staranności o precyzję sformułowań. Skupmy się zaś wyłącznie na jednym aspekcie: na makroekonomicznych niespójnościach. Bo to one właśnie wydają się zasadniczą słabością planu modernizacyjnego.

Otóż wzrost może być finansowany tylko z trzech źródeł: oszczędności krajowych, oszczędności zagranicznych bądź z długu. Jaka jest dostępność tych źródeł w naszym przypadku?

Zasób oszczędności krajowych składa się z dwóch podzbiorów: oszczędności prywatnych – podmiotów i instytucji o statusie rezydentów, oraz oszczędności publicznych. Oszczędności krajowe są niskie. Oszczędności publicznych nie ma. Są za to dezoszczędności, bo taką rolę odgrywa sekularny deficyt sektora publicznego, który prowadzi do systematycznego wzrostu długu publicznego. Ten regularny wzrost został odwrócony dotąd raz, po przejęciu przez rząd PO–PSL obligacyjnej części portfela OFE. Przestrzeń, jako się wówczas otworzyła w finansach publicznych, nie została, jak wiemy, wykorzystana do sfinansowania wzrostu inwestycji. Ewentualne przejęcie przez ten rząd pozostałej części aktywów OFE mogłoby co prawda wpłynąć na ograniczenie potrzeb pożyczkowych, nie pociągnęłoby jednak za sobą skokowego spadku długu publicznego. Zniszczyłoby za to giełdę.

W planie Morawieckiego wyraźnie brakuje określenia metod zwiększania zasobu oszczędności krajowych. Co gorsza, bieżąca polityka, wdrożone właśnie rozwiązania wręcz demobilizują do oszczędzania, a zachęcają do konsumpcji. Demotywują też sektor bankowy do intermediacji finansowej nakierowanej na wzrost finansowania inwestycji, a zachęcają banki do finansowania wysokomarżowych produktów, czyli kredytów konsumpcyjnych. O zmniejszeniu dezoszczędności generowanych przez sektor publiczny nie ma mowy. Przesunięcie w górę ścieżki konwergencji fiskalnej, wejście na poziom deficytu general government „blisko 3 proc. PKB" wręcz te dezoszczędności zwiększa.

Rząd wyraźnie odcina się od dalszego importu oszczędności z zagranicy. Naturalnie poza bezzwrotnym w dużym stopniu finansowaniem się z funduszy unijnych w ramach wieloletniego planu finansowego, które to finansowanie jest i tak niezależne od planu Morawieckiego, oraz sięganiem po zwrotne środki z międzynarodowych instytucji finansowych, które udostępniają je najczęściej na określone projekty na warunkach „debt for equity".

Reklama
Reklama

Co z inwestycjami

Uzasadnieniem wstrzemięźliwości wobec importu prywatnych oszczędności z zagranicy na zasadach rynkowych jest „zbyt duża rola prywatnego kapitału zagranicznego" w finansowaniu dotychczasowego modelu rozwojowego. Uzasadnieniem jest też wysoka ujemna międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto (NIIP) kraju, ustabilizowana od kilku lat na poziomie lekko poniżej 70 proc. PKB, gdzie jednak połowę wkładu stanowią bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Naszym znacznie większym problemem jest duże uzależnienie od napływu kapitału portfelowego finansującego potrzeby pożyczkowe. Szacowana na ten rok wielkość potrzeb zewnętrznego finansowania brutto (GEFN) sięga 23,7 proc. PKB. W naszym regionie więcej pożyczyć muszą tylko Węgry, a my z naszymi potrzebami lokujemy się na poziomie Turcji. Zewnętrzny kanał finansowania wzrostu – jak się wydaje – zostaje więc świadomie przymknięty.

Finansowanie inwestycji rynkowym długiem publicznym nie wchodzi w rachubę. A raczej mogłoby wchodzić, gdyby ten dług nie służył już teraz w poważnej części do finansowania nowych transferów i starych, sekularnych deficytów w FUS. Do tego ciężaru nie da się jeszcze dorzucić finansowania inwestycji. Państwowy wehikuł inwestycyjny, gdyby miał finansować się na rynku, pomijając jego efektywność, będzie przecież zwiększał dług SFP.

A co z inwestycjami prywatnymi? Skumulowana wielkość długu sektora prywatnego w 2014 roku sięgała 77,9 proc. PKB. Z tego 35,6 proc. PKB stanowił dług gospodarstw domowych, w którym kredyty hipoteczne denominowane we frankach szwajcarskich stanowiły ok. 10 proc. PKB. Tutaj pole manewru nie jest zbyt szerokie. Szczególnie że niechęć korporacyjnego sektora prywatnego do finansowania inwestycji ma uzasadnienie strukturalne: wynika przede wszystkim z upowszechnienia wzorca ekstensywnego rozwoju, opartego na niskich kosztach pracy. Nie zapominajmy przy tym, że zobowiązania przedsiębiorstw o ponad 100 mld zł przekraczają wielkość aktywów zdeponowanych w gotówce w bankach.

W mojej ocenie problem polega na tym, że makroekonomiczne uspójnienie planu Morawieckiego musiałoby w pierwszej kolejności prowadzić do zaniechania bieżących przedsięwzięć forsowanych przez rząd w ramach realizacji obietnic przedwyborczych. Tam bowiem na pierwszy plan wybijany jest wzrost konsumpcji, a kwestia zmiany dezoszczędności publicznych w oszczędności, dające się wykorzystać do finansowania inwestycji, w ogóle nie jest brana pod uwagę.

Opinie Ekonomiczne
Iwona Trusewicz: Dlaczego były kanclerz Niemiec broni rosyjskich interesów w UE?
Opinie Ekonomiczne
Eksperci: Koniec mitu taniej energii. OZE to bezpieczeństwo energetyczne Polski
Opinie Ekonomiczne
UE może stać się ofiarą amerykańskiej dominacji energetycznej
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Davos, czyli tam i z powrotem
Opinie Ekonomiczne
Grzegorz Kozieja: Jak umowa UE-Mercosur wpłynie na interesy rolników
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama