Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomym szefem dużej spółki informatycznej. „Waszej branży, w czasach cyfrowej rewolucji, to chyba żaden kryzys teraz nie dotknie” – zagaiłem. „Niestety, jesteś w błędzie przyjacielu” – odparł. I opowiedział o klientach, którzy – zmęczeni szalejącą inflacją – wydatki na IT ograniczają tylko do tych niezbędnych. Nawet dla informatyków eldorado może się więc skończyć.

Rynek pracy zmienia się na naszych oczach. Dyktat pracowników powoli odchodzi w przeszłość. I nie chodzi tylko o tych szeregowych, ale również o menedżerów. Potwierdza to publikowany dziś w „Rzeczpospolitej” wskaźnik rotacji prezesów w spółkach giełdowych, które można uznać za grupę reprezentatywną dla całej gospodarki.

Okazuje się, że w ubiegłym roku, w którym polska gospodarka rozwijała się jeszcze w stosunkowo szybkim tempie, wskaźnik rotacji znacząco wzrósł – do 18 proc. W 2021 roku, covidowym, było to 15 proc.

Przy tym, jeśli chodzi o spółki prywatne, jest grupa menedżerów, na których usługi popyt rośnie – to doświadczeni specjaliści „na trudne czasy”. Patrząc na zatrważające wręcz dane płynące ostatnio z polskiej gospodarki, jak zapaść w liczbie rozpoczętych budów, w branży meblarskiej, szkła, czy chociażby grudniowe tąpnięcie popytu na sprzęt AGD, trudno o optymizm. Właściciele firm wiedzą, że w sektor prywatny uderzy spowolnienie, więc szukają prezesów, którzy radzą sobie w takich warunkach.

Odmienne są przyczyny wymiany menedżerów w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Tu stabilność władz i strategie biznesowe, zwłaszcza te długoterminowe, często nie mają większego znaczenia. Znamy przykłady spółek, w których prezesi zmieniali się za rządów PiS nawet pięciokrotnie. Nie inaczej będzie również w tym trudnym dla wszystkich roku, a to za sprawą zbliżających się jesiennych wyborów parlamentarnych.

Już kilka miesięcy temu, na wrześniowym forum gospodarczym w Karpaczu, można było usłyszeć w kuluarach, że w spółkach państwowych bądź z udziałem Skarbu Państwa karuzela kadrowa dopiero przyspieszy. Przewidywano, że nastąpi to w styczniu–lutym, kilka miesięcy przed wyborami. To ponoć najlepszy moment na zmianę członków zarządu, którzy odchodząc, otrzymują sowite odprawy sięgające z reguły równowartości 12-miesięcznych pensji (a te w przypadku prezesów wynoszą, łącznie z premiami, od 50 do nawet 200 tys. zł). Wielu dostaje również rekompensatę za wpisany do umowy długi zakaz konkurencji. A wszystko odbywa się bez nerwówki typowej dla powyborczego okresu, gdy nowa władza robi swoje porządki.

W poniedziałek doszło do zmiany wiceprezesa Grupy Azoty. To może być sygnał, że karuzela zaczyna właśnie przyspieszać.

Czytaj więcej

Stabilna posada nie dla prezesa. Które spółki najczęściej wymieniały szefów?