Reklama

Witold M. Orłowski: Niepoprawny Obama

Prezydent Barack Obama naprawdę nie wie, jak się zachować – i nie zna swojego miejsca na tym świecie.

Publikacja: 27.04.2016 21:00

Witold M. Orłowski, profesor Politechniki Warszawskiej, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce

Witold M. Orłowski, profesor Politechniki Warszawskiej, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce

Foto: Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski

Najpierw zaczął pouczać polski rząd w sprawach demokracji, choć – jak wiadomo – amerykańska konstytucja jest tylko o włos starsza od naszej Konstytucji 3 maja, co z bezlitosną precyzją wytknął mu jeden z naszych ministrów (tylko przez grzeczność nie dodając, że gdyby nie pomoc Tadeusza Kościuszki, USA najpewniej nadal byłyby brytyjską kolonią i może w ogóle żadnej konstytucji by nie miały).

Teraz z kolei udał się do swojej dawnej kolonialnej metropolii, czyli właśnie Wielkiej Brytanii. I zaczął z kolei ją pouczać, że jeśli wystąpi z Unii Europejskiej, wyrządzi sama sobie wielką krzywdę i może spaść z listy uprzywilejowanych partnerów gospodarczych i politycznych Waszyngtonu. Brytyjczycy od wielu dziesiątek lat żyli w świętym przekonaniu, że niezależnie od sytuacji zawsze mają zagwarantowane „specjalne stosunki" z kuzynami zza Atlantyku (określenie stworzone przez mistrza politycznych bon motów Winstona Churchilla).

Teraz ze zdumieniem usłyszeli z ust Obamy, że w razie Brexitu przez długie lata, może nawet przez dekadę, będą czekać na dogodną umowę handlową z USA. Bo dla Waszyngtonu absolutnym priorytetem jest umowa o wolnym handlu z Unią, z Brytanią lub bez niej. A w razie wyjścia z Unii Londyn będzie musiał cierpliwie ustawić się na końcu kolejki krajów, które pragną negocjować ułatwienia we współpracy gospodarczej z USA.

Dla Brytyjczyków słowa Obamy musiały być szokiem – część pewnie zareagowała na nie oburzeniem, część pewnie wzięła je głęboko do serca. Ale amerykański prezydent nie powiedział nic, co mogłoby naprawdę dziwić.

Po pierwsze, nie ma wątpliwości, że z punktu widzenia Amerykanów rolę globalnego partnera gospodarczego może odgrywać tylko zjednoczona Europa. A jej ekonomiczne serce znajduje się gdzieś w pobliżu Frankfurtu i Monachium, a nie Londynu. Niezależnie od historycznych tradycji anglosaskiej współpracy dla pragmatycznych Amerykanów rachunek jest prosty: reszta Unii ma PKB pięciokrotnie większy od brytyjskiego.

Reklama
Reklama

Po drugie, Obama nie bez racji uważa, że Brexit mógłby dramatycznie osłabić Europę. Powiedział to jasno podczas spotkania z przywódcami czterech największych krajów Unii, mówiąc, że historyczne znaczenie i sukces projektu europejskiego lepiej widać z zewnątrz niż z środka. Więc uczciwie mówi Brytyjczykom: nie idźcie tą drogą!

No i po trzecie, Obama wie, że wbrew agresywnej propagandzie eurosceptyków sama Brytania ogromnie skorzystała na członkostwie w Unii. Przez dwie dekady pozostawania na uboczu integracji europejskiej brytyjski PKB na głowę mieszkańca spadł ze 140 procent do 80 proc. poziomu kontynentalnej Europy. Przez 40 lat członkostwa wzrósł do 110 proc... co dedykuję polskim teoretykom „eurosceptycyzmu w brytyjskim stylu".

Witold M. Orłowski profesor Politechniki Warszawskiej, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce

Opinie Ekonomiczne
UE może stać się ofiarą amerykańskiej dominacji energetycznej
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Davos, czyli tam i z powrotem
Opinie Ekonomiczne
Grzegorz Kozieja: Jak umowa UE-Mercosur wpłynie na interesy rolników
Opinie Ekonomiczne
Katarzyna Kucharczyk: Znikające taksówki. Quo vadis, gospodarko?
Opinie Ekonomiczne
Michał Duszczyk: Byliśmy potęgą, ale dziś ogrywają nas Niemcy
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama