Doskonale rozumiem, o co tu chodzi. I dlatego apeluję: prywatni przedsiębiorcy, bądźcie uczciwi i nie sięgajcie po nie swoje pieniądze! Oddajcie je temu, kto je w pocie czoła wypracował, kto wie, jak je wydać i komu się one naprawdę należą. Czyli rządowi.

Zacznijmy od pomysłu unijnego. Mamy wysokie ceny surowców energetycznych, sztucznie podniesione przez wojnę, więc konsumenci w całej Europie płacą i płaczą. Ale zarabia na tym nie tylko Rosja. Wysokie ceny ropy i gazu to także wysokie marże dla europejskich firm paliwowo-energetycznych, i niebotyczne zyski dla tych producentów energii, których koszty aż tak nie wzrosły (bo np. pozyskują energię z innych źródeł). Stąd pomysł, aby część nadzwyczajnych zysków im zabrać: nie wynikają z wyższej efektywności, ale są niezasłużoną nagrodą za machinacje Putina. A na co wydać te pieniądze? Najbardziej uzasadnione jest wsparcie tych, którzy płacą za rosyjskie szaleństwo. Czyli europejskich konsumentów energii.

Nasze firmy z sektora paliwowo-energetycznego też zarabiają na tym krocie. Są oczywiście powody, by je według unijnego pomysłu opodatkować, ale wiele to nie da, bo to w końcu głównie firmy państwowe, więc dywidendy i tak idą do budżetu. Notabene najwięcej zarabia górnictwo węgla, którego zyski wzrosły w ciągu pierwszego półrocza aż 56 razy (tu jednak zyskami bym się nie przejmował, bo płace rosną tak szybko, że już niedługo zyski pewnie znikną i rząd nie będzie musiał się narażać górnikom żadnymi podatkami).

Ale nie tylko firmy paliwowo-energetyczne mają wielkie zyski. W warunkach wysokiej inflacji nadzwyczajne zyski mogą mieć wszystkie te firmy, dla których zmiany cen układają się korzystnie, czyli ich ceny sprzedaży rosną szybciej od kosztów. Dobry przykład to oczywiście radzące sobie znakomicie w warunkach inflacji banki, ale takich firm jest znacznie więcej (choć w skali całej gospodarki rentowność w pierwszym półroczu spadła, a nie wzrosła, a więc firm tracących na inflacji jest znacznie więcej).

No tak, ale z tego wynika, że ci szczęśliwcy, którzy mają nadzwyczajne zyski, często po prostu zawdzięczają je inflacji. A czy to oni sami na nią zapracowali?

Nie, po stokroć nie. Nie odbierajmy zasług prawdziwym twórcom ich zysków. Nie tylko Putinowi, ale również rządowi i NBP, które najpierw ramię w ramię dopuściły do znacznego wzrostu, a potem do utrwalenia się wysokiej inflacji. Nie po to NBP przypuszczał swoją słynną „ułańską szarżę” w celu osłabienia złotego i wypracowania wirtualnego zysku dla budżetu, żeby teraz jacyś cwaniacy z prywatnych firm na tym zarabiali. Nie po to udało się wygenerować idący w dziesiątki miliardów złotych podatek inflacyjny, żeby teraz ktoś go rządowi wykradał.

Zwykła uczciwość każe powiedzieć: cały podatek inflacyjny należy się temu, kto go w pocie czoła wypracował, czyli rządowi. Rząd ma pełne prawo wydawać zarobione dzięki podatkowi inflacyjnemu pieniądze nie tylko na ograniczanie efektów wzrostu cen energii, ale na wszystko, co uzna za stosowne.

A prywatnym przedsiębiorcom, którzy chcieliby na tym skorzystać, jasno powiedzmy: przedsiębiorco, nie bądź chitry! (jak pouczał w „Konopielce” Kaziuka niezapomniany Franciszek Pieczka).