Jeszcze niedawno wydawało się, że pozycji tego darmowego tytułu dla najmłodszych nie jest w stanie nic zagrozić. Ani jego wadliwość, ani brak akceptacji ekspertów i nauczycieli, ani zawarte w nim idiotyzmy. Tymczasem w MEN zapaliło się wyraźne światełko nadziei...
Muszę przyznać, że z przyjemnością obnażam nieudolność, złą wolę, brak kompetencji oraz wszystkie te grzechy i grzeszki, które politycy tak często popełniają. W sumie najłatwiej jest ganić i wyszydzać. Żyją z tego całe redakcje. Dlatego dzisiaj, wyjątkowo, postanowiłem pochwalić.
Początkowo z pewnym niepokojem obserwowałem działania nowej szefowej MEN. Obawiałem się, że Anna Zalewska wzorem swoich światłych prekursorów weźmie się do „porządków", czym niechybnie doprowadzi oświatę do ruiny. Zwłaszcza że już na samym początku zakwestionowała dwie podstawowe reformy poprzedników – obowiązek szkolny dla sześciolatków oraz wprowadzenie gimnazjów. Bałem się, że w ferworze politycznej walki znowu po głowie dostaną uczniowie i nauczyciele, a system po prostu tego nie wytrzyma. Do tego silna osobowość szefowej resortu pozwalała przypuszczać, że konsekwentnie i bezwzględnie zrobi to, co zapowiadała. I faktycznie, sześciolatki zamiast przeżywać koszmar edukacji mogą jeszcze przez rok bezkarnie robić babki z piasku. Natomiast jeśli chodzi o gimnazja, sprawa przycichła. Mam nadzieję, że wreszcie mamy ministra, który słucha tego, co mówi mu społeczeństwo. W każdym razie dobra zmiana zaproponowana przez MEN wydaje się stać na nieco solidniejszych podstawach merytorycznych niż większość rozwiązań aplikowanych spontanicznie szkolnictwu przez poprzednie gabinety.
Jakiś czas temu popełniłem felieton krytykujący reformę podręcznikową z 2014 roku oraz jej wykwit – rządowy podręcznik nazwany „Naszym Elementarzem". Nie będę teraz powtarzać zarzutów, wystarczy wspomnieć, że nazwałem ten tytuł poradziecką bombą fosforową na dnie Bałtyku, która swoimi wyziewami zatruwa kolejne roczniki polskich uczniów. Czyli znów przez bezmyślność zostanie zepsuty edukacyjny start najmłodszych, czyli podstawowy element fundamentu programu GEN: Gospodarka – Edukacja – Nauka, programu proponowanego przez Pracodawców RP. Krytyka się odbyła, felieton opublikowano, podręcznik pozostał, sprawa przycichła.
Tymczasem pod koniec maja minister edukacji ogłosiła odejście od „Naszego Elementarza". No może nie od razu odejście, pozostanie on jedną z trzech książek, spośród których nauczyciele będą mogli wybierać. Po chwili refleksji pani minister stwierdziła, że pozostanie on w użyciu, prawdopodobnie do zakończenia jego cyklu życiowego. W końcu jej poprzedniczka wydała na niego ponad 60 mln zł i nie można ot tak odstawić go do skupu makulatury.