Tylko z pozoru walka z tym zjawiskiem jest prosta – podnieść wynagrodzenia. Jakiś efekt na pewno by był, ale na krótko. Aby długofalowo problem rozwiązać, trzeba się zmierzyć z demografią i szarą strefą. Z takimi problemami nie da się walczyć w perspektywie jednej kadencji, a niestety takie myślenie u nas ciągle jest normą, niezależnie od opcji politycznej, jaka jest u władzy. Dlatego młodzi wyjeżdżają, a ci zostający wolą dorabiać na czarno, aby uniknąć 30 proc. realnego opodatkowania. Będąc teoretycznie bezrobotnymi mają ubezpieczenie chorobowe, a o emerytalnym i tak nikt nie myśli, ważniejsze jest to, co tu i teraz. PiS przecież i tak obiecywał ubezpieczenie zdrowotne dla każdego oraz minimum emerytalne, to po co się starać.

Z fatalnym przyrostem naturalnym też walczy się u nas metodami dyskusyjnymi. 500+ na pewno poprawi sytuację rodzin z dziećmi, ale trudno oczekiwać, że Polacy masowo będą zakładać rodziny z tego powodu. Naprawdę przydałyby się inne zachęty, np. perspektywa stałego zatrudnienia, ale z możliwością dostosowywania czasu pracy do potrzeb młodej rodziny.

Dzisiaj takie rozwiązania wprowadzają co najwyżej nieczułe międzynarodowe koncerny, nauczone pozytywnymi doświadczeniami z innych krajów. Nasz rząd woli za to archaiczny system, który wprost zniechęca, zwłaszcza mało zarabiające matki, do pracy zawodowej. Czy nie lepiej wspierać rodziny ulgami podatkowymi, a zwrot dawać dopiero jeśli ktoś zarabia na tyle mało, że nie może ich w pełni wykorzystać? Trzeba też w końcu otworzyć mocniej rynek na imigrantów, zamiast demagogicznie straszyć obcymi. Na powrót emigrantów nie ma co liczyć, ale takie plany lepiej wypadają w telewizji.