Albo w sklepie, gdzie ceny żywności najpierw gwałtownie wzrosły, a teraz nie mają ochoty spadać. Albo w skrzynce pocztowej, gdzie czeka już wyższy rachunek za gaz.
W takiej sytuacji nie dziwi, że komentatorzy i analitycy od wielu miesięcy niezmiennie prognozują, że NBP już wkrótce zacznie podwyższać stopy procentowe. Członkowie Rady Polityki Pieniężnej bynajmniej nie puszczają tych komentarzy mimo uszu. Dostosowując się do oczekiwań rynku, deklarują w wypowiedziach, że choć jeszcze tym razem stóp nie podnieśli (tak jak ponownie nie zrobili tego w mijającym tygodniu), to jednak są gotowi lada moment to uczynić (albo, jak to ładnie określili w środowym komunikacie, „mocniej niż przedtem sygnalizują rozważenie ich podwyżki"). A tymczasem stopy od niemal roku pozostają niezmienione.
Skoro potrzeba podwyżek stóp jest tak oczywista, dlaczego nie następuje? Czy analitycy nie wiedzą, o czym mówią? Czy RPP pogubiła się w zawiłościach polityki pieniężnej i zapomina na czas zagłosować? Nic takiego. Po prostu wygląda na to, że gospodarka światowa – a w ślad za nią i polska – wchodzi w nowy okres turbulencji. W okres stagflacji, czyli czas, gdy kiepskiemu wzrostowi gospodarczemu będzie towarzyszyć uporczywa, trudna do zwalczenia inflacja.
Przyczyny tej turbulencji upatrywałbym w beztroskim drukowaniu przez amerykański bank centralny bilionów dolarów. Przez długi czas owe dolary gdzieś bez śladu przepadały, nie powodując wzrostu cen. Teraz jednak zaczęły wreszcie się pojawiać na rynku surowcowym, windując w górę ceny ropy naftowej. A w ślad za tym ceny wszystkiego.
Już raz mieliśmy do czynienia z globalną stagflacją – działo się to w latach 70. Wtedy kolejność wydarzeń była odmienna: najpierw z powodów politycznych kraje arabskie skokowo podniosły ceny ropy, potem banki centralne głównych krajów świata dodrukowały pieniądze, nie chcąc dopuścić do długotrwałej recesji. Teraz jest inaczej: najpierw banki dodrukowały pieniądze, ratując instytucje finansowe i usiłując wyciągnąć gospodarkę z kryzysu, potem zaczęły wzrastać ceny ropy. Ale efekt będzie prawdopodobnie ten sam. Stagflacja.
Dlaczego stagflacja przyprawia o tak silny ból głowy banki centralne? To proste. Czyni ona właściwie niemożliwym prowadzenie standardowej polityki pieniężnej. W dużym uproszczeniu rzecz wygląda tak. W normalnych czasach inflacja towarzyszy szybkiemu wzrostowi popytu rynkowego i produkcji. Jeśli bank centralny nie chce dopuścić do przyspieszenia wzrostu cen, powinien podnieść stopy procentowe, osłabiając koniunkturę rynkową. Z kolei w okresach spowolnienia gospodarczego presja inflacyjna wyraźnie spada, a bank centralny nie musi się obawiać obniżek stóp procentowych.
Kiedy jednak mamy do czynienia ze zjawiskami stagflacyjnymi, dobrego ruchu po prostu nie ma. Wysoka inflacja zachęcałaby do podwyżek cen, z kolei słabnący popyt sugeruje potrzebę obniżek. To prawdziwy koszmar dla polityki pieniężnej, z którym chyba zaczyna zmagać się również Polska. I sygnał, że trzeba dobrze się zastanowić nad strategią prowadzenia polityki pieniężnej, bo może to być w najbliższych latach bardzo trudna sztuka.
A co to ma wspólnego z Wielkanocą? No cóż, niewiele, może poza wysokimi cenami jajek. Mimo wszystko, Wesołych Świąt!
Autor jest głównym ekonomistą PwC w Polsce