W sobotniej „Gazecie Wyborczej" Rafał Zasuń i Tomasz Prusek opisali, jak zaczyna się formować lobby na rzecz ratowania upadłej firmy budowlanej PBG. Jest sama firma, jest dobry Mikołaj czyli wicepremier Waldemar Pawlak, jest zatroskany Związek Banków Polskich i anonimowy nerwowy menedżer banku. W tekście brakuje tylko jednego ogniwa – podatnika, który za taką pomoc zapłaci.
Anonimowy menedżer banku powiada: „To prawda, że zarządy firm budowlanych popełniły koszmarne błędy w ocenie ryzyka (...) ale mimo to trzeba im pomóc, bo w przeciwnym razie w branży budowlanej (...) nie będzie czego zbierać". A mnie się wydawało, że koszmarne błędy w ocenie ryzyka popełniły banki – Pekao SA, ING, Nordea, BZ WBK i inne, które łącznie dały PBG 1,7 mld zł kredytów. Bankowiec rzecz jasna o tym nie wspomina.
Krzysztof Pietraszkiewicz prezes Związku Banków Polskich wtóruje zatroskanemu bankowcowi: „W gospodarce rynkowej dopuszcza się nadzwyczajne sytuacje, gdy udziela się pomocy publicznej, jeśli wymaga tego interes gospodarczy państwa". Ładnie powiedziane, powiedziałbym nawet - patetycznie. Tylko czy faktycznie interes gospodarczy państwa wymaga, żeby prezesi banków i firm budowlanych oraz akcjonariusze i posiadacze obligacji tych firm nie ponosili odpowiedzialności za swoje błędy?
To jasne, że banki zrobią wszystko, by rząd udzielił pomocy firmom budowlanym, bo dzięki temu zapiszą sobie zyski, a nie straty. Pietraszkiewicz powiada, że z takiej skoordynowanej akcji pomocowej rządu i banków „korzyści dla całej gospodarki mogą być ogromne". Ciekawe, dlaczego banki – skoro to takie korzystne – same nie skoordynowały między sobą akcji ratunkowej dla firm budowlanych. Odpowiedź jest prosta. Bo bez pomocy rządu będą musiały zgodzić się na redukcję długu PBG i innych firm, czyli zapisać straty i uszczknąć coś ze swoich znakomitych zysków i bonusów.
Premier Waldemar Pawlak wyraźnie jest liderem konsorcjum ratunkowego – wynika z tekstu – ale jego motywacja jest prosta, jak konstrukcja łopaty: zero ryzyka, nie jego pieniądze, lecz podatnika, jego chwała. To się nazywa socjalizacja prywatnych długów. Już sam nie wiem, czy powoływanie się na przykłady AIG czy General Motors w przypadku PBG bardziej mnie śmieszy czy wkurza.
Pomyślałem, że znane sformułowanie „ pokusa nadużycia" czyli „moral hazard" ma dwa znaczenia. Jedno jest znane – po PBG pojawią się następni skłonni do zbyt ryzykownych zachowań, bo są rzekomo zbyt duzi, by upaść. Ale pokusę nadużycia uprawiają też, jak widzę, ministrowie i bankowcy. Dosłownie – kusi ich, by nadużyć.
Rachunek zapłaci podatnik. Mechanizm ratunkowy – nie wiadomo, czy byłoby to 0,5 czy 1,5 mld złotych – sfinansowałaby Agencja Rozwoju Przemysłu, przedziwna instytucja , której nikt nie rozlicza ze stopy zwrotu z niemałych kapitałów publicznych, jakie posiada. Agencja jest stale zasilana częścią wpływów z prywatyzacji. Dokładnie o tyle, ile co roku dostaje, o tyle więcej rząd musi się zadłużyć na rynku. Długi rządowe spłaca oczywiście podatnik. Nawet o tym nie wie, że właśnie dobrzy Mikołajowie od ratowania PBG załatwiając swoje polityczne i bankowe interesy znowu gmerają mu w kieszeni.
Piotr Aleksandrowicz