Powinni oni wyjechać „zanim zrobi się za późno"- napisali na Twitterze. Przyznają, że podczas ataku bombowego w Tabie w ostatnią niedzielę zginął jeden z jej bojowników, zapowiada kolejne ataki. Przy tym wiadomo, że Synaj, gdzie wybudowano wspaniałe hotele staje się coraz bardziej niebezpieczny, a w okolicach granicy z Izraelem po prostu króluje bezprawie.

Polscy turyści zamknięci w enklawach hotelowych przyznają, że zrobiło się „niefajnie". Bo nie po to jedzie się na wakacje, które miały być spokojnym wypoczynkiem na plaży, bądź zwiedzaniem słynnych zabytków.

Tyle, że chętnych na wakacje w Egipcie nie brakuje i czartery znów odlatują wypełnione do ostatniego miejsca. A ten kraj na początku roku, po kilku miesiącach przerwy wrócił na pierwsze miejsce w rankingu wakacji wybieranych przez Polaków. Ceny także się nieco usztywniły, mimo że większość z touroperatorów korzysta z dotacji egipskiego rządu. Trzeba przyznać, że to usztywnienie cen jest także wypracowane przez polskie media, które masowo wyjeżdżały na wycieczki sponsorowane przez egipskie władze, żeby potem napisać „Egipt, to bezpieczny kraj". Chociaż w niektórych przypadkach, na razie pewnie nad samym Morzem Czerwonym, nadal jest to prawdą.

Atak w Tabie jednak dowodzi, że islamscy terroryści zmienili taktykę i ponownie zamierzają atakować cele „miękkie", czyli nie wojsko, policję i przedstawicieli władz, a właśnie turystów i zapewne cele ekonomiczne. Zresztą turystyka także jest celem ekonomicznym, łatwiejszym niż np zablokowanie Kanału Sueskiego, który jest pilnie strzeżony. Jeśli więc za atakiem w Tabie rzeczywiście stali ludzie z Ansar Bayt al-Maqdis, a nie jakiś pojedynczy szaleniec, to trzeba ich pogróżki brać jak najbardziej serio. Bo to oni właśnie o mało co nie zgładzili rok temu ministra spraw wewnętrznych i skutecznie strącili rakietą wojskowy helikopter. W tym ostatnim zamachu zginęło 5 egipskich żołnierzy.

Atak w Tabie nie był pierwszym na Synaju, w którym zginęli turyści. 10 lat temu, w szczycie rozkwitu egipskiej turystyki także w Tabie zginęło 34 cudzoziemców. Ofiary były także w 2005 roku w zamachach w Sharm el-Sheik.

Czy w tej sytuacji wakacje na Synaju są bezpieczne? Czy warto odpoczywać w warunkach, kiedy nieustannie jest się pilnowanym przez wojsko, bagaże są rewidowane, a środki komunikacji kontrolowane przez służby bezpieczeństwa? Ci, którzy przelewają pieniądze na konta biur podróży, sami sobie powinni odpowiedzieć na to pytanie. Chyba, że lubią wakacje z dreszczykiem, które wręcz mogą zmienić się w „bombowe".

Bo Polacy, tak samo jak Rosjanie, nie boją się wakacji w krajach, gdzie sytuacja polityczna jest nawet bardzo niepewna. Częściej, niż kiedykolwiek słyszy się dzisiaj polski język na ulicach Bangkoku i to nie tylko dlatego, że dolatuje tam dreamliner. Tam też giną ludzie, ale wiadomo, że Tajowie do cudzoziemców strzelać nie będą. Chyba, że dojdzie do nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Tajemniczo i gwałtownie staniały wakacje w Wenezueli — praktycznie o połowę. Można w tym kraju spędzić 11 dni za tyle, ile normalnie kosztuje sam przelot. Okazja? Też zależy czego się szuka w tym kraju.

W każdym razie, jeśli już decydujemy się na wakacje w jednym z „gorących" krajów warto pamiętać o czymś poza zdrowym rozsądkiem, które powie gdzie i kiedy można się poruszać i jaki hotel wybrać. Chodzi o dobrze przemyślane ubezpieczenie, włącznie z opcją zapewnienia sobie powrotu, kiedy rozum powie: wyjazd już!