Gazprom nie zbuduje kolejnych nitek gazociągu północnego; w ogóle nie powstanie gazociąg południowy, a projekt gazociągu przez Turcję może się okazać bardzo lokalny, bowiem Unia nie ma zamiaru budować rur odbiorczych do Grecji, tak jak to sobie wymyślił Gazprom.
Do tego rosyjski koncern musi poradzić sobie z bardzo drogą inwestycją do Chin czyli liczącym ponad 3000 km gazociągiem idących przez bezludne, lodowo-bagienne obszary Syberii. To nie tylko ogromny wysiłek technologiczno-logistyczny, ale i finansowy. A Gazprom ma niewielkie możliwości wzięcia kredytu. Chińczycy nie zgodzili się sfinansować inwestycji kredytem kupieckim, a sankcje odcięły koncern od zachodniego kredytowania.
I choć dziś szef rady dyrektorów Gazpromu Wiktor Zubkow buńczucznie zapewniał, że Gazprom i w tym roku utrzyma 30-procentowy udział w europejskim rynku gazu, to cud się nie stanie. Rosjanie mają dziś przeciwko sobie nie tylko coraz bardziej świadomą sytuacji Europę, ale też klimat. Jest coraz cieplej. Takiej zimy jak obecna, nie było od stu lat.
Analitycy już widzą spadający popyt na gaz w Europie. A gdy na rynku pojawi się tani gaz amerykański, co ma nastąpić w 2017 r, sytuacji może zrobić się jeszcze ciekawsza. Im większa będzie konkurencja i im mniej monopolu, tym wyższe bezpieczeństwo energetyczne, także polskie. Przedni jest pomysł budowania połączeń gazociągowych między unijnymi państwami i ich sąsiadami. Pozwoli to wspomagać się w kryzysowych sytuacjach i nie ulegać presji jednego dostawcy.
Liczę że Rosjanie wyciągną wnioski z lekcji do której walnie się przyczynili. Gdyby nie ich pewność siebie; upór w sprawie cen gazu i formuły po której jest liczona (powiązanie z ceną ropy); narzucaniu klauzul w rodzaju „bierz lub płać", naciskanie na małe kraje jak bałtyckie republiki itp., to niewątpliwie Gazprom cieszyłby się większą sympatią Europejczyków.